Mesjasz w Łomżyńskiem

Ryszard Bosakowski OP

Jedwabne i teologia po Holokauście

W weekend po 10 lipca władze miasteczka zapraszają obywateli na „Dni Jedwabnego". Czy to święto może się prawdziwie udać, jeśli pominie się historię własnego miasta? Jaki komunikat wysyłają starsi tej społeczności młodym, skoro kilka dni wcześniej nie płaczą wspólnie z Synagogą nad losem jedwabieńskich Żydów?

O Martinie Buberze opowiada się, że na pewnym spotkaniu poświęconym dialogowi chrześcijańsko-żydowskiemu miał powiedzieć: „Szanowne Panie i Szanowni Panowie, tak naprawdę mamy wiele wspólnego ze sobą. Wszyscy oczekujemy na Mesjasza. Wy wierzycie, że już przyszedł, znowu odszedł i kiedyś powróci. Ja wierzę, że dotąd jeszcze nie przyszedł, ale że nadejdzie. Dlatego czynię Państwu pewną propozycję: pozwólcie, że będziemy razem oczekiwać. A kiedy On przybędzie, zapytamy Go po prostu: Czy byłeś tu już raz? I wtedy żywię taką nadzieję, że będę stał bardzo blisko Niego i będę szeptał Mu do ucha: Nie odpowiadaj!".

I

Po Holokauście wiara niejednego człowieka została zachwiana. Niektórzy utracili ją bezpowrotnie. Jednak wielu Żydów nadal nie przestaje oczekiwać na przyjście Mesjasza. Dlatego pięć lat temu w Jedwabnem, na grobach tamtejszej społeczności żydowskiej, najprawdopodobniej pierwszy raz od 60 lat zabrzmiały słowa kadiszu: „Niech będzie wywyższone i poświęcone Imię Jego, wielkie w świecie, który sam stworzył według swojej woli. Niechaj ustanowi Swe królowanie, niechaj sprowadzi wyzwolenie, niechaj ześle już wkrótce Mesjasza, za życia waszego i za dni waszych i za życia całego domu Izraela, szybko i w bliskim czasie. Mówcie: Amen". Katolicy w Jedwabnem również nie zrezygnowali z oczekiwania na Mesjasza. W pierwszą niedzielę adwentu, na rozpoczęcie Mszy po akcie pokuty, ksiądz zawsze wypowiada modlitwę: „Wszechmogący Boże, spraw, abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa, a w dniu sądu, zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść Królestwo niebieskie. Amen".

Wydaje się, że obie modlitwy jak dotąd nie spotykały się, ulokowane na przeciwległych biegunach roku kalendarzowego i odmawiane w dwóch różnych miejscach: na polu otwartym po horyzont i w zamkniętym kościele. Wypowiadają je w dwóch różnych językach dwie niepojednane społeczności. Niestety nie zdarzyło się - konstatuje po pięciu latach Anna Bikont - by choć jeden mieszkaniec Jedwabnego przyszedł na skromne obchody, które odbywają się co roku przy jedwabieńskim pomniku.

II

Jedwabnianie nie mają w zakresie chrześcijańsko-żydowskiego dialogu autorytetów poza Janem Pawłem II. Centralny plac miejscowości od lat nosi imię naszego Wielkiego Rodaka. W maju tego roku mieszkańcy wybrali go na patrona tamtejszego gimnazjum. Jest również głównym kandydatem (obok Adama Mickiewicza) na patrona szkoły podstawowej. Czy oznacza to jakiś przełom w życiu duchowym i kulturalnym miasteczka? Dotąd wydawało się, że nie przyswojono tutaj ani słów Jana Pawła II, jakie w Środę Popielcową 2000 r. padły w Bazylice św. Piotra, ani jego gestów z Jerozolimy. Papież włożył w szczelinę Ściany Płaczu karteczkę z tekstem modlitwy pokutnej: „Boże naszych Ojców, który wybrałeś Abrahama i jego potomstwo, aby Twoje imię zostało zaniesione narodom: bolejemy głęboko nad postępowaniem tych, którzy w ciągu dziejów przysporzyli cierpień tym Twoim synom, a prosząc Cię o przebaczenie, pragniemy tworzyć trwałą więź prawdziwego braterstwa z Ludem Przymierza". Rok po tamtym wydarzeniu jedwabnianie zamknęli się we własnych domach, twierdząc, że cała Polska osądziła ich zbiorowo jako morderców.

Wydaje się, że biskupi katoliccy nie pomogli wtedy mieszkańcom Jedwabnego w możliwie głębokim przemyśleniu słów „naszego Papieża". Wprawdzie kard. Józef Glemp powtórzył je w odniesieniu do zagłady jedwabieńskich Żydów, uczynił to jednak z dala od miejsca tamtej tragedii. Nabożeństwo pokutne odbyło się w niczym nieuzasadnionym dniu 27 maja 2001 r.,w warszawskiej Bazylice Wszystkich Świętych. W Jedwabnem nie był słyszany głos bp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, w tym Komitetu do Dialogu z Judaizmem. W swoim wprowadzeniu do modlitwy pokutnej podejmował on papieski temat potrzeby „oczyszczenia pamięci", mówiąc: „Wysiłek oczyszczania pamięci staje się dla nas trudnym zadaniem oczyszczania sumień".

Modlitwa pokutna biskupów w Bazylice Wszystkich Świętych była pierwszym tej rangi aktem w historii Kościoła w Polsce, kiedy hierarchowie przepraszali Boga za przestępstwa ludzi ochrzczonych. Postawę biskupów cechował jednak dystans wobec centralnych uroczystości, w których ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski, obciążony dziedzictwem komunizmu, błagał o przebaczenie „cienie zmarłych i ich rodziny (...) w imieniu swoim i tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią".

W ówczesnym wystąpieniu na antenie Radia Józef, kard. Józef Glemp uznał za niezaprzeczalny fakt spalenie żywcem ludności żydowskiej, spędzonej siłą przez Polaków do stodoły, co do dzisiaj bywa podważane przez niektóre środowiska ultrakatolickie. Stwierdził także, że jest rzeczą ze wszech miar pożądaną, aby Kościół przepraszał Boga za popełnione grzechy. Uzależniał jednak ten akt od rozeznania obiektywnej prawdy. Mówił: „Nie można stracić z pola widzenia zasadniczej prawdy, że jedynym źródłem systematycznie tępiącym Żydów był totalitaryzm hitlerowski i temu nurtowi ulegały niekiedy lokalne animozje wykorzystywane jako narzędzia". Prymas wyraził swoją rezerwę wobec wymiaru politycznego sprawy. Dopuszczał, że Jedwabne może mieścić się w programie „określonych tarć politycznych". Dlatego Kościół nie powinien włączać się w plany uroczystości państwowej, bo „wtedy zamiast wprowadzania pokoju będzie stawał się narzędziem w walce".

W wypowiedzi dla KAI Prymas odmówił też Aleksandrowi Kwaśniewskiemu formalnego tytułu do przeprosin w imieniu narodu za zbrodnie na jedwabieńskich Żydach. Tymczasem Prezydent pod koniec swojego przemówienia, z szacunkiem należnym duchowym autorytetom, przypomniał zebranym, że biskupi polscy wcześniej już spotkali się na modlitwie, przepraszając „za wszystkich żywiących niechęć i urazy wobec narodu żydowskiego, aby przyjęli łaskę przemiany serca". Paradoksalnie jedynie w ten sposób, dzięki słowom „postkomunistycznego prezydenta", Episkopat zabrał głos na uroczystości, która była najważniejszą dla społeczności żydowskiej (w Jedwabnem był wówczas ks. Adam Boniecki, niemal w ostatniej chwili poproszony telefonicznie o reprezentowanie Episkopatu w kończącej uroczystości modlitwie, ale nie wygłaszał przemówienia).

III

Ambiwalentna postawa większości polskich biskupów wobec przeprosin w Jedwabnem w 2001 r. oznaczała nie tyle dystansowanie się Kościoła wobec polityków, co oddzielenie się od modlitwy Żydów. Dotąd żaden z katolickich hierarchów nie pojawił się oficjalnie przy pomniku. Sygnał, wysłany przez Episkopat przeciętnemu katolikowi pięć lat temu, wzmocnił u jedwabnian pokusę sięgania do Jana Pawła II z pominięciem wszystkiego, co oznacza jego wizyta w Synagodze Rzymskiej, gdzie Papież nazwał Żydów „starszymi braćmi" chrześcijan. Katolicy z Jedwabnego doświadczają pokusy zlekceważenia lub nawet pominięcia najważniejszego może rysu pontyfikatu przełomu tysiącleci.

Niewątpliwie Kościołowi łomżyńskiemu przypadło do gustu przemówienie Jana Pawła II z 4 czerwca 1991 r., kiedy odwiedził ich diecezję. Sięgając do „Chłopów" Reymonta i urodzonego nad Bugiem kard. Wyszyńskiego, Papież mówił z szacunkiem o chłopskiej duszy miłującej matkę-ziemię: „Kościół liczy zarazem na zdrowe tradycje moralne ludzi pracujących na roli, związanych z ziemią i przez to bliższych Stwórcy". Niestety tamto przemówienie dało też świadectwo długiego, głębokiego milczenia w Kościele o Zagładzie Żydów w Łomżyńskiem: Jan Paweł II wspomniał jedynie o tutejszych Sybirakach i Katyniu, a z jego ust nie padły nazwy Jedwabnego, Radziłowa i Wąsosza. Milczenie zostało przerwane dopiero dziesięć lat później „Sąsiadami" Jana Tomasza Grossa. Możemy się jedynie domyślać, co mówiłby niekwestionowany Autorytet, gdyby gościł w Łomży już po tej publikacji. W gruncie rzeczy trzeba przyznać, że to właśnie Janowi Pawłowi II Kościół w Polsce zawdzięcza całą treść nabożeństwa pokutnego z kościoła Wszystkich Świętych.

Powtórzmy: w maju tego roku społeczność szkolna wybrała Jana Pawła II na patrona jedwabieńskiego gimnazjum. Należy zatem przypomnieć, co oznacza taka decyzja. Oficjalna strona internetowa miasteczka milczy o żydowskiej historii. Z trudem można się doszukać enigmatycznej wzmianki, że „mogiła ludności żydowskiej z okresu II wojny światowej" należy do obiektów świadczących o tożsamości tej małej ojczyzny. Nadanie szkole w Jedwabnem imienia Jana Pawła II zobowiązuje jej dyrekcję, nauczycieli, katechetów, rodziców i uczniów do znacznie lepszej pamięci. Daj Boże, aby młodzież tej szkoły spełniła pragnienie rabina Jacoba Bakera, który mówił przed kilkoma laty w „Rzeczpospolitej": „I chciałbym też wyrazić nadzieję, że Polska zadba o każdy żydowski cmentarz, który jest jeszcze zdewastowany. To będzie micwa, czyli dobry uczynek, i Bóg na pewno uzna to za przejaw skruchy".

Data 10 lipca 1941 r. nie tylko w kategoriach etnograficznych, ale i teologicznych musi być potraktowana jako „koniec świata". „Pewnego letniego dnia - mówił w Jedwabnem pięć lat temu Szewach Weiss - nagle i tragicznie przestał istnieć tam różnorodny, kolorowy świat, w którym Polacy i Żydzi mieszkali obok siebie". Wtedy to „ludzie, którzy żyli tuż obok i znali nawzajem swoje imiona, zamordowali i spalili swoich sąsiadów". Dzisiaj, niejako na znak przekroczenia tamtej daty, demokratycznie wybrana władza świecka przy wsparciu kościelnej, zaprasza obywateli na „Dni Jedwabnego", które zazwyczaj odbywają się w weekend po 10 lipca. Czy to święto może się prawdziwie udać, jeśli pominie się historię własnego miasta? Jaki komunikat wysyłają starsi tej społeczności gimnazjalistom, skoro kilka dni wcześniej nie płaczą wspólnie z Synagogą nad losem jedwabieńskich Żydów? „Przeżyliśmy! Cieszmy się życiem!". Tak?

Jest rzeczą zrozumiałą, że przypominanie historii zamordowanych tu Żydów przekracza dziś wyobraźnię jedwabnian, którzy nie wiedzą, jak to uczynić, aby nie siać zwątpienia w młodym pokoleniu. A jednak coś podobnego jest możliwe. Dzieciom można opowiadać o Holokauście tak, aby nie przysparzać nędzy, ale budzić odpowiedzialnych ludzi zdolnych do współczucia, płaczu i gościnnej radości.

Dla rozważań podjętych w tym artykule ważne jest jednak i inne pytanie: o przyszłość Kościoła w Jedwabnem. Aktualny proboszcz to już kolejna osoba na tym stanowisku po śmierci ks. Edwarda Orłowskiego (poprzedni, stosunkowo młody, nie wytrzymał napięć). Obchodzone od kilku lat „Dni Jedwabnego" rozpoczyna Msza. Na jej zakończenie proboszcz uczestniczy w paradzie i święcie motocyklistów. Nasuwa się radykalne pytanie: czy lokalny Kościół, któremu miejscowi biskupi zatwierdzili program ucieczki przed własną przeszłością na motocyklu Harley-Davidson w świat mitów Jerzego Roberta Nowaka, nie rozbije się na jednym z najbliższych zakrętów historii? I czy w ogóle ten Kościół ma szansę doczekać przyjścia Mesjasza wspólnie z Synagogą i całym Kościołem Powszechnym?

IV

Zarówno Prezydent, jak i Prymas jednoznacznie podkreślali, że nie można mówić o zbiorowej odpowiedzialności i winie. Obaj jednak zgodnie twierdzili, że między ludźmi istnieje wspólnota, która niejako zmusza do prośby o wybaczenie. Aleksander Kwaśniewski formułował to tak: „Nasze sumienia będą czyste, jeżeli na wspomnienie tamtych dni zachowamy zawsze w sercach zgrozę i moralne oburzenie". I podawał zasadniczy powód, dla którego publicznie wypowiadał słowa żalu i goryczy: „Wypowiadamy je, bo tak właśnie czujemy. Ponieważ najbardziej potrzebujemy ich my sami! Czynimy to po to, aby być lepszymi, mocniejszymi siłą moralną, wolnymi od uprzedzeń, złości i nienawiści. Po to, aby szanować człowieka i kochać ludzi. Aby zło w dobro obrócić".

Kard. Glemp w cytowanej już wypowiedzi dla Radia Józef dokonał teologicznego rozróżnienia. Wina posiada przede wszystkim wymiar indywidualny. Dlatego „tragedia w Jedwabnem wywołuje poważną refleksję" i nie chodzi w niej o „krzykliwą pokutę, ale o sprawiedliwe wejrzenie na siebie". Z drugiej strony, Prymas mówił o uznaniu „odpowiedzialności pokoleniowej". Polega ona, jego zdaniem, „na przeproszeniu Boga za grzechy przodków i na przeproszeniu potomków pokrzywdzonych". Nie chodzi w niej jednak o to, aby „w imię sprawiedliwości przyklejać do jakiegokolwiek narodu etykiety narodu zabójców - wyjaśnia kardynał. - Nie czynimy tego wobec Niemców, pośród których najpełniej ujawnił się hitleryzm, tak samo nie możemy zaślepienia, jakie sprowokowano na ludziach Jedwabnego i okolic, rozciągać na cały naród polski".

Niemiecki teolog Johann Baptist Metz, szkicujący konsekwentnie katolicką teologię po Auschwitz, również nie zgadza się na pojęcie „winy zbiorowej". Jego zdaniem świadomość historyczna dzisiejszych katolików domaga się jednak moralnych ocen całych tradycji zachowań i nauczania własnego Kościoła. To właśnie osobista odpowiedzialność za własne czyny i postawy wobec współczesnego świata domaga się od chrześcijan tego, aby wspominali Zagładę Żydów i o niej opowiadali. Podłościom nie można zaprzeczać, i katastrof nie można upiększać. Te opowiadania będą zawsze bolesne. Bez nich jednak niektóre nasze społeczności nie mają wręcz szans na moralność. Zdaniem Metza wspomnienia o Szoah należą do powinności niemieckich katolików. Wydaje się jednak, że temu teologowi udało się wypracować pojęcia użyteczne nie tylko dla chrześcijan w Niemczech, ale zawierające w sobie mądrość, z której może skorzystać Kościół łomżyński.

V

Wspomnienia kościelnej społeczności w diecezji łomżyńskiej nigdy już nie będą łatwe. Oby jednak były prawdziwe i przemieniające. O chrześcijaństwie dotychczas myślało się często jako o syntezie Biblii i filozofii greckiej. W obu tradycjach prawdę kojarzono z pamięcią. Etykieta zachowań katolickich księży zobowiązywała ich do pamiętania wiedzy, którą posiedli w seminarium. Mogli ją pogłębiać, wzmacniać i przekazywać ludziom. Dziś Żydzi swoją modlitwą na grobach pomordowanych uświadamiają Kościołowi łomżyńskiemu, że należy zapytać nie o prawdziwe idee i pamięć o nich, ale o prawdę przeszłości i pamięć historyczną. Prawdy życia i wiary nie zdołają ujawnić ani najwznioślejsze idee, ani systemy - teologiczne czy inne. Prawda pojawia się w opowiadaniach, w których nasza pamięć troszczy się o solidarność z ofiarami przemocy, niesprawiedliwości i cierpienia w minionych pokoleniach.

Dla Dariusza Libionki, autora studium „Duchowieństwo diecezji łomżyńskiej wobec antysemityzmu i zagłady Żydów" z IPN-owskiego tomu „Wokół Jedwabnego", rozstrzygający w ocenie postawy bp. Stanisława Łukomskiego podczas II wojny światowej był brak wiarygodnych wspomnień o jego interwencji w sprawie Żydów podczas Zagłady, jak też brak jakichkolwiek zaleceń w tej kwestii, adresowanych do księży diecezjalnych. Rękopis jego „Wspomnień" uważany jest za zaginiony, a opublikowane w 1974 r. przez Kurię Łomżyńską fragmenty nie pozwalają na zmianę opinii historyka. Niewątpliwie prawdziwe wspomnienie o swoim pasterzu, jeśli ma zachować strukturę pamięci solidarnej z tymi, których pozbawiano prawa już nie tylko do wspólnego zamieszkania tych samych ziem, ale wręcz do istnienia, będzie bardzo bolesne dla ludzi Kościoła. Sama lektura tekstu Libionki, z której dowiadujemy się o wypowiedziach pasterza, o jego ideologicznie ukierunkowanej polityce kadrowej oraz o zaangażowaniu politycznym i ekonomicznym przeciwko Żydom, okaże się poważną próbą.

Nie mniej bolesna będzie zapewne dla jedwabnian próba docieczenia, gdzie był ich proboszcz ks. Józef Kebliński 10 lipca 1941 r. i dlaczego później nie opowiadał o „końcu świata". Może to wspomnienie nie będzie tak bolesne, jak wspomnienie mieszkańców Radziłowa o ks. Aleksandrze Dołęgowskim, ale i ono nie da się nigdy zaleczyć.

Ale katolicy z Łomżyńskiego muszą zapytać nie tylko o to, gdzie byli ich pasterze, ale również o to, gdzie tamtego lata byli ich ojcowie i matki.

VI

Co zrobić, aby w Jedwabnem nakłonić Kościół do wspólnego z Synagogą oczekiwania na Mesjasza? Być może należy tej społeczności stawiać radykalne pytania. Oto kolejne z nich: czy w Jedwabnem po 10 lipca 1941 r. można się modlić?

Pytanie chrześcijanina o obecność i zachowanie innych chrześcijan podczas Zagłady jest nadzwyczaj trudne. Jest ono zawsze pytaniem o znaczenie własnej wiary. Pytaniem o własną tożsamość. Jest też pytaniem o Boga i Jego moc. Kiedy jedwabnianie szczerze zapytają, gdzie 10 lipca 1941 r. był ich proboszcz, to - jeśli znajdą go w tym dniu przy ołtarzu - będą musieli zapytać o sens i przemieniającą moc dokonywanej tam Ofiary.

Johann Metz, zapytany, czy po Auschwitz można się jeszcze modlić do Boga, odpowiedział: „Tak, ponieważ w Auschwitz też się modlono". Sam od pięciu lat zadaję sobie pytanie, czy można się modlić w Jedwabnem. Jednocześnie nie zaniechałem modlitwy w tamtym miejscu. Impuls przyszedł jednak nie ze strony chrześcijańskiej. Znaczącym umocnieniem okazał się dla mnie kadisz sprawowany z okazji 60. rocznicy mordu i przejmujący śpiew „El mole rachamim", wykonany przez kantora Josepha Malovanego. Gdzie jednak tkwi siła przekonania o możliwości i potrzebie modlitwy w Jedwabnem, Radziłowie i Wąsoszu, siła, której nie zniszczy nawet śmierć? Bezcenne dla współczesnych Żydów i chrześcijan są świadectwa męczenników, którzy wtedy kierowali swe serca i myśli do Boga.

Tekst Chai Finkelstein, w którym Żydówka, żona i matka, opowiada o własnej drodze przez „piekło" Radziłowa, wstrząsa wyobraźnią. Chaja opisuje nie tylko to, co sama widziała i w czym uczestniczyła - dzieli się również wewnętrznym światem własnych uczuć, ocen, symboli. Stara się rozróżniać ludzi i postawy, czuje się jednak zmuszona pisać o chrześcijanach, którzy zamieniają się w morderców. Jej tekst mimo wszystko nasycony jest nadzieją. Dowiadujemy się z niego, że w Radziłowie, Jesioniówce, a zatem pewnie w Wąsoszu i Jedwabnem, Żydzi modlili się do Boga z nadzieją na ocalenie.

Nie ulega wątpliwości, że Żydzi mają dzisiaj pełne prawo do modlitwy w tych miejscach, ponieważ modlili się w dniu Zagłady. Chaja Finkelstein pisze o Radziłowie (cytuję za opracowaniem „Wokół Jedwabnego"): „Wokół ogromnego placu zgromadzili się prawie wszyscy chrześcijańscy mieszkańcy miasta. Najmniejsze dzieci matki trzymały na rękach. Obserwowałam wszystko... Jednemu chłopcu Niemcy przywiązali do szyi ciężki kamień, ważący na pewno ponad dwa pudy... Jego twarz stała się sina, strach było na to patrzeć. Drugiego Żyda, który siedział obok mojego syna, Polak, starszy już człowiek... tak długo bił kijem zakończonym grubą gałką, aż ten przewrócił się, a strumień krwi zaczął płynąć z szyi i uszu... Bili i męczyli starszych Żydów, wyrywali im brody, ile tylko zapragnęły ich mordercze serca. Było widać, jak usta większości Żydów poruszają się w cichej modlitwie. Od czasu do czasu słychać było hałas jak gdyby drzew w lesie podczas burzy: Szma Izrael - odmawiali spędzeni. Za każdym razem krzyk Szma Izrael mroził krew w żyłach".

Rabin Jacob Baker wspominał z kolei swego nauczyciela Avigdora Białystockiego: „W stodole, w pełni świadomy - pamiętajcie - [rabin] przygotowywał się na odprawienie berachy, błogosławieństwa Kiddush Hashem, które wspomina w swojej modlitwie: »Będziesz kochał Boga swego całym swoim sercem, całym życiem, całą mocą«".

Pewnie dla wielu Żydów pytanie o znaczenie tamtych modlitw nie jest łatwe. Być może niewiele wyjaśnia i w obliczu prawdy o Zagładzie niektórych rozczarowuje do modlitwy i Boga. Nie powinno jednak ulegać wątpliwości, że te świadectwa pozwalają Żydom dzisiaj modlić się z czystym sumieniem, nawet jeśli ich modlitwa jest lamentacją lub protestem przeciw Bogu. Wiemy, że Elie Wiesel po Holokauście wybrał drogę protestu wobec Najwyższego i dzieli się tym doświadczeniem również z chrześcijanami. Modlitwa Synagogi, jaka by nie była, modlitwa milczenia lub krzyku, jest jednak tak naprawdę tym jedynym rzeczywistym wsparciem dla chrześcijan, którzy chcą się dzisiaj modlić w Jedwabnem.

VII

Jeśli pytamy, czy katolik w Jedwabnem może się modlić, powinniśmy i dalej werbalizować wątpliwości: czy katolicy mogą się modlić w Jedwabnem tylko we własnym gronie? Jakie znaczenie ma Msza św. w Jedwabnem? Oficjalnie rozumie się ją jako „ofiarę pojednania" z jedynym Bogiem, a przecież 10 lipca 1941 r. imię Boga uświęcił nie ksiądz katolicki, ale rabin Avigdor Białystocki. Jaka zatem jest prawda wszystkich katolickich modlitw w Jedwabnem? Jakie znaczenie mają spowiedzi? Czy katolicy mogą się jednać z Bogiem, odwracając się od ofiar zbrodni i ich rodzin?

Powyższe pytania kwestionują Kościół, ale, w moim odczuciu, nie w sposób absolutny. Wyrastają one z absolutnej niezgody na jego stary bieg. I jeśli słuszna jest zasada, że „prawo modlitwy jest prawem wiary" (lex orandi - lex credendi), to refleksję nad dzisiejszym biegiem spraw Kościoła w Jedwabnem trzeba zacząć od radykalnych pytań o chrześcijańską modlitwę w tamtej przestrzeni i o jej społeczne oddziaływanie.

VIII

Na zakończenie powróćmy do zaproszenia Martina Bubera, aby dzięki niemu wyciągnąć wnioski, które są również pewnymi propozycjami dla Kościoła katolickiego w Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszu i Łomży.

1. Tragiczne lato 1941 r. w Łomżyńskiem uświadamia, że „razem" chrześcijan i Żydów powinno oznaczać zawsze wolność od obojętności, niechęci i wrogości. Niestety, modlitwy nie mogą wskrzesić świata, który się skończył. Dlatego powinny zakładać u modlących się osób otwarcie na coś więcej, na nadzieję wspólnej przyszłości. Chrześcijanie znajdą następujące zdanie w Ewangelii Jezusa: „Jeśli wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie... idź i pojednaj się z nim... dopóki jesteś w drodze". Chodzi zatem o nadzieję na to - jak napisał Elie Wiesel w głośnym tekście „Kultura sama nie wystarczy" - że już zawsze będziemy ze sobą rozmawiać, śmiać się wspólnie i nawet płakać ze względu na krzywdę, jaka drugiemu została wyrządzona.

Sama religijność też nie wystarczy. Kultura, religia lub patriotyzm muszą nauczyć się dyskrecji, aby odkrywać to, co najbardziej wspólne: człowieczeństwo. A jest w nim miejsce na ból i płacz. Powód do płaczu w Jedwabnem jest ciągle aktualny. Stąd święta katolickie lub narodowe powinny tam być zawsze dobrze przemyślane, aby na nowo nie raniły i nie zabijały pamięci. Nie mogą pomijać minionych pokoleń jedwabieńskiej społeczności żydowskiej oraz dzisiejszych gości miasteczka, często pielgrzymów na groby męczenników. Znaczną uwagę należy poświęcić świętu miasta - „Dniom Jedwabnego".

2. W swojej propozycji wspólnego oczekiwania na Mesjasza Buber wyraził zdrowy dystans do własnej wiary - dystans, który pozostawia odpowiedź na najważniejsze pytania obu religii samemu Bogu. Katolicy w Łomżyńskiem powinni dzisiaj zdobywać się na taki dystans do własnej wiary, aby już nigdy nie wiązała się z żadnym nacjonalizmem oraz była wolna od stereotypów, osądów i ideologii. Wiara powinna angażować katolików tych terenów do szukania żywej więzi z Synagogą na najrozmaitszych poziomach: również dyskusji teologicznej. Mogłoby to być zadanie dla Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży, ale nie tylko dla tej instytucji. W Jedwabnem trzeba na nowo przemyśleć, co powinno się mówić z ambony i na katechezie. Pewien teolog następująco skomentował cytowaną na początku tego tekstu wypowiedź: „Szoah wymaga od Żydów i chrześcijan, aby żyli z otwartymi pytaniami". Katolicy w Łomżyńskiem powinni zatem odkrywać niepokojące pytania. Nie można już żyć wyłącznie gotowymi odpowiedziami sprzed lat. W Jedwabnem warto pamiętać, że Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu stawiał przed młodzieżą postać młodego Żyda, którego wyróżniało „bogactwo pytań", z którymi przyszedł do Jezusa. A Rabbi nie od razu chciał udzielić odpowiedzi. Również pytał: „Skąd wiesz, że jestem dobry?".

3. Stwierdzenie, że „Szoah wymaga od Żydów i chrześcijan, aby żyli z otwartymi pytaniami", wydobywa na światło jeszcze jeden sens słów Bubera. Zapytajmy, co takiego kierowało żydowskim filozofem dialogu, że zapragnął roli suflera Mesjasza w godzinie prawdy ostatecznej. Odpowiedzi udziela długa historia cierpiącego Izraela, zamieszkującego przez wieki pośród chrześcijan. Wąsosza, Radziłowa i Jedwabnego nie można wymienić jednym tchem z Treblinką. A jednak wszystkie te nazwy wpisują się w „to wszystko straszne", co określamy dzisiaj słowami „Szoah" lub „Holokaust". Na modlitwy do Jedwabnego można przybyć tylko ze świadomością tej historii. Inaczej „razem" w modlitwie z Synagogą będzie jakoś niemożliwe.

Martin Buber chciał swoją sugestią zagwarantować nadchodzącemu Mesjaszowi usprawiedliwienie przed Jego Ludem, przed Ludem, który nosi w sobie bolesne, hiobowe pytanie: dlaczego tyle cierpieliśmy? Zarazem ta sugestia nie osądza chrześcijan. Oskarżają straszne czyny lub bierność i milczenie wobec Zagłady. Żydowski nauczyciel w swoim sercu usprawiedliwia.

Otwarty charakter dorocznych modlitw przed pomnikiem i na jedwabieńskim kirkucie rodzi ogromną wdzięczność w stosunku do dzisiejszych polskich Żydów, którzy na nie zapraszają. Uczestniczyłem w nich trzykrotnie. Zawsze czułem się opromieniony życzliwością i ciepłem gospodarzy, zwłaszcza rabina Michaela Schudricha, który najczęściej przewodniczył zgromadzeniu. To właśnie Żydzi, którzy zbierają się w Jedwabnem na modlitwie, uświadamiają chrześcijanom, że tamto miejsce posiada w sobie nie tyle siłę oskarżycielską, co tajemniczą moc przemiany. Jest to siła paradoksu, na którą rabin Schudrich zwracał uwagę pięć lat temu: „Ujawnienie prawdy o tym, że w mordowaniu jedwabieńskich Żydów uczestniczyli Polacy, może zbliżyć narody polski i żydowski".

Cytowany wcześniej Johann Metz napisał: „My chrześcijanie nie możemy już nigdy cofnąć się do tyłu przed Auschwitz. Auschwitz zaś przekraczamy nie sami, ale tylko razem z Ofiarami Auschwitz". Nie ma jakiejś oddzielnej teologii po Jedwabnem poza teologią po Auschwitz. Chrześcijanie zgubili więź z Synagogą już w I wieku. W V wieku „pożegnali" się ze wspólnotami judeochrześcijańskimi w łonie Kościoła. Chrześcijanie z Łomżyńskiego nigdy nie uświadomili sobie, jak nieocenioną wartością jest życie w bliskości Izraela. Tora pozostała im obca do momentu, kiedy - jak to opisała Chaja Finkelstejn - wywleczono ją i publicznie spalono. Jeśli chrześcijanie w Jedwabnem, Radziłowie i Wąsoszu chcą dziś pozostać chrześcijanami, muszą odkryć, gdzie są korzenie ich wiary. My sami zaś jedźmy do Jedwabnego każdego roku na 10 lipca, aby w ciszy słyszeć głos ofiar tamtej zbrodni, wsłuchać się w wołanie Synagogi do Boga i nie pozwolić się utulić w żalu, dopóki nie przyjdzie Mesjasz.

RYSZARD BOSAKOWSKI jest dominikaninem, przez ostatnie pięć lat zajmującym się problematyką Jedwabnego. W „Leksykonie wielkich teologów XX/XXI wieku" opublikował tekst o Johannie Baptiście Metzu, był duszpasterzem akademickim w warszawskim ośrodku na Służewie.

Tygodnik Powszechny 30 (2976), 23 lipca 2006, s. 10-11.