Żydzi – chrześcijanie: wymuszanie starszeństwa

Uzupełnianie uzupełnień, prostowanie sprostowań i polemizowanie z polemikami to zajęcie męczące i niewdzięczne. W dziedzinie relacji Kościoła z Żydami i judaizmem krąg moich polemistów od kilkunastu lat jest ten sam: środowisko „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego” oraz „Więzi”. Opublikowałem na te tematy prawie sześćset tekstów, w tym kilkanaście książek, wygłosiłem ponad pięćset referatów, wykładów, prelekcji i konferencji. Gdyby dwaj aktualni polemiści zadali sobie trud uczciwego przyswojenia jednej setnej tego dorobku oraz uważnego przeczytania mojej wypowiedzi zamieszczonej na łamach „Idziemy”, być może zawahaliby się przed napisaniem tego, co napisali.

Nie zamierzam analizować ich niesprawiedliwej i dość butnej krytyki pod adresem redaktora naczelnego „L’Osservatore Romano”. Sugeruję, by mieli odwagę przedstawić mu swoje zarzuty i prosić o odpowiedź. Na pewno sobie poradzi.

Różnią nas dwie bardzo poważne kwestie. Po pierwsze, red. Zbigniew Nosowski i ks. dr hab. Alfred M. Wierzbicki twierdzą, że nie ma różnicy między wyrażeniem „jesteście naszymi starszymi braćmi” (jak fałszywie redukują papieską wypowiedź w synagodze rzymskiej), a jej prawdziwym brzmieniem „jesteście, można powiedzieć, w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Niestety, nic nie poradzę na to, że katolicki dziennikarz i lubelski dyrektor Instytutu Jana Pawła II nie uznają ani nie cenią precyzji słowa i subtelnych niuansów teologicznych sformułowań. Drugi polemista napisał, że chodzi mu o „zasady interpretacji”, ale interpretacji czego: słów Jana Pawła II czy ich bezkarnie dokonywanej przeróbki? Podejmując postawione w tytule jego tekstu pytanie („Kto ma rację: Papież czy dziennikarz?”), odpowiadam: Papież, a nie red. Nosowski i ks. Wierzbicki!

Po drugie, obaj polemiści traktują wyrażenie „nasi starsi bracia” jako punkt dojścia. Jest to podejście właściwe doktrynerom, ideologom i politykom. Natomiast w teologii wypowiedzi Magisterium Kościoła i nauczanie papieży stanowią punkt wyjścia, a nie punkt dojścia żmudnej refleksji. Nazywając żydów (z małej litery!), czyli wyznawców judaizmu, „w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”, Jan Paweł II nie zamknął ust teologom, ale je otworzył! Od wielu lat powtarzam, że trzeba pilnie zaniechać w Polsce wypaczania słów papieskich i rzetelnie zgłębiać, co one naprawdę znaczą. Taki również był sens mojej wypowiedzi na łamach „Idziemy”, zakończonej postulatem, by prawidłowo ustalać, na czym dokładnie polega braterstwo wyznawców obu religii, chrześcijaństwa i judaizmu, oraz co z niego wynika. Tendencje judaizujące, z jakimi mamy do czynienia, polegają na tym, że ze słów Ojca Świętego czyni się narzędzie politycznej poprawności przenoszonej na grunt religii i teologii katolickiej. Na to przyzwolenia być nie może!

Przywoływanie sporadycznych żydowskich głosów mówiących o chrześcijanach jako „młodszych braciach” ma wartość psychologiczną i emocjonalną, ale pojawiają się one niemal wyłącznie na salonach. Goście mówią to, co gospodarze chcą i lubią słyszeć. Nie ma to jednak przełożenia na nastawienie i nauczanie wewnątrz żydowskich wspólnot religijnych ani nie znajduje drogi do żydowskiej teologii. Właśnie to mam na myśli przypominając, że przemiany we wzajemnym nastawieniu i patrzeniu powinny się odbywać po obu stronach.

Od wiosny tego roku nowym chwytem moich polemistów jest to, że przedstawiają postulat pogłębionej dyskusji teologicznej nad formułą „starszych braci” jako „daleki od Jana Pawła II”. Tym razem używa go ks. Wierzbicki, od półtora roku członek gremium, w którego pracach brałem udział przez prawie dwadzieścia lat. Powiem krótko: to po prostu nieuczciwe! Jeszcze raz powtarzam to, co pisałem i mówiłem setki, a może tysiące razy: wyznawcy judaizmu są w pewien sposób naszymi „starszymi braćmi”, a zarazem w pewien sposób nimi nie są. Proszę polemistów, by nie cytowali moich wypowiedzi wyłącznie po przecinku, ale integralnie, w całości. Objaśnianie natury tego braterstwa oraz zawartej w nim swoistej biegunowości i związanych z nią napięć stanowi pilne zadanie teologów katolickich. Forsując bezwzględne wymuszanie „żydowskiego starszeństwa”, obaj polemiści ani słowem nie wyjaśnili, co to dokładnie znaczy i na centymetr nie posunęli wiedzy w tym temacie.

Ostrzegając przed utożsamianiem religii biblijnego Izraela z judaizmem rabinicznym, napisałem, że „współczesny judaizm nie jest zwyczajną kontynuacją religii biblijnego Izraela”. Ks. Wierzbicki opuścił słowo „zwyczajną” i bez skrupułów przypisał mi absurdalne tezy, których sedno polega na zakwestionowaniu kontynuacji judaizmu rabinicznego z biblijnym. A więc kolejny raz powtarzam: między judaizmem biblijnym a judaizmem pobiblijnym, rabinicznym, istnieje – analogicznie jak w odniesieniu do chrześcijaństwa – ciągłość, brak ciągłości oraz nowość. Eksponowanie ciągłości, która z pewnością istnieje, nie może się odbywać, jak czyni to ks. Wierzbicki, kosztem przemilczania tych aspektów, które świadczą o jej braku. Natomiast nowością judaizmu rabinicznego jest odcinanie się, przez odrzucanie albo milczenie, od Jezusa Chrystusa, a tym samym również od wizerunku Mesjasza zapowiadanego na kartach Starego Testamentu. Dla chrześcijanina decydująca jest nie przynależność etniczna, lecz relacja człowieka wobec Chrystusa. Nie może być zatem tak, że rację mają i wyznawcy judaizmu, i chrześcijanie. Święty Paweł napisał: „Syn Boży, Chrystus Jezus, (...) nie był i , lecz dokonało się w Nim . Albowiem ile tylko obietnic Bożych, wszystkie są w Nim ” (2Kor 1,19-20). Współczesnym przejawem silnych tendencji judaizujących w Kościele jest to, że pod płaszczykiem dialogu odbywa się podmywanie naszej tożsamości, które sprawia, że chrześcijanin traci pewność swojej wiary. Co więcej, także w odniesieniu do kontaktów z wyznawcami judaizmu musimy mieć w pamięci słowa Benedykta XVI wypowiedziane 13 maja 2005 r. podczas spotkania z duchowieństwem diecezji rzymskiej: „Nikomu nie wyrządzamy krzywdy, gdy ukazujemy mu Chrystusa”.

Moi oponenci chcą podważyć wiarygodność i wykluczyć z zajmowania się problematyką relacji chrześcijańsko-żydowskich tego, który nie śpiewa w ich chórze. Ta strategia ma taką samą rację bytu oraz takie same szanse powodzenia jak ewentualność wykluczenia z ruchu drogowego osób przestrzegających przepisów i trzeźwych.

Ks. Waldemar Chrostowski