Apel o współpracę zamiast bojkotu twórców kultury

Stanisław Krajewski

Apel o współpracę zamiast bojkotu twórców kultury

Pojawiły się ostatnio listy otwarte, które wzywają do bojkotu. Najpierw podpisany przez wiele osób list do ministry kultury z apelem o zerwanie wszelkich kontaktów z Izraelem, w tym z osobami fizycznymi, które nie zadeklarują antyrządowych poglądów. W reakcji na to powstał list z apelem o zerwanie kontaktów z antysemitami.

Można rozumieć emocje sygnatariuszy: jedni są poruszeni zniszczeniem Gazy i cierpieniem jej ludności, drudzy – zalewem wypowiedzi i działań nie tylko antyizraelskich, ale i antyżydowskich, również u nas.

Nie chodzi o zrównywanie argumentacji obu listów: jedni porównują brutalną, ale sprowokowaną, wojnę obronną Izraela do niesprowokowanej agresji Rosji, drudzy protestują przeciwko usprawiedliwianiu terroryzmu.

Jednak w obu przypadkach wezwania do bojkotu twórców i instytucji kultury budzą niepokój.

Do czego prowadzi taki bojkot? Do pogłębiania przepaści między ludźmi, także w Polsce, do zasklepiania się w poczuciu jedynie słusznej racji kręgów antyizraelskich oraz znacznie węższych proizraelskich. To jest społecznie destrukcyjne.

Jak miałyby być oceniane zachowania artystów i przez kogo? Wymaganie od Izraelczyków deklaracji lojalności i zgodności z poglądami twórców listu antyizraelskiego jest żenujące. Mogą oni sami odciąć się od kontaktów, ale zmuszać (poprzez ministerstwo) do tego innych? Co więcej, dla radykałów zapewne deklaracje słabsze niż skrajnie antyizraelskie, odmawiające Izraelowi prawa do istnienia, nie byłyby zadowalające. To prosta droga do nagonki.

Taka nagonka mogłaby zresztą łatwo przerodzić się w prześladowanie sygnatariuszy listu przeciw­nego. Ale i oni, wzywając do bojkotu antysemickich twórców kultury, narażają się na taki sam zarzut: mogą sami odciąć się od kontaktów, ale zmuszać (poprzez ministerstwo) do tego innych?

Sprawa jest ogólniejsza: czy chcemy skreślać kulturę i twórców, jeśli pochodzą z kraju, którego politykę odrzucamy? Ta kwestia pojawiła się już u nas wcześniej w dyskusjach dotyczących kultury rosyjskiej. Czy Bułhakow lub inny dawniejszy autor, a nawet współczesny muzyk ma być skreślony, bo pochodzi z Rosji?

Ostatnio była o tych kwestiach mowa przy okazji Eurowizji. Ostatecznie chodzi o to, czy również przy innych okazjach piosenkarz izraelski wykonujący apolityczny utwór ma być przesłuchiwany w sprawie poglądów politycznych.

Oczywiście nie możemy być naiwni: są skrajne sytuacje, gdy twórcy kultury propagują antywartości lub są reprezentantami najgorszych reżimów. Ich należy odrzucać. Jednak czy naprawdę artysta lub autor milczący w sprawach politycznych musi być skreślany, jeśli jego rząd lub władza, której jest poddany, podlega zasadnej krytyce? Tylko dlatego, że jest z Gazy, Iranu, Izraela, Syrii, Libii, Sudanu, Rosji, Chin, Turcji?

Ta wyliczanka, którą można by ciągnąć, jest o tyle pouczająca, że praktycznie niespotykana: najwyraźniej zupełnie inną miarę przykłada się do twórców pochodzących z Izraela. Jest wśród nich wielu krytyków swojego rządu i jego polityki, ale – wbrew jeszcze innemu listowi otwartemu, który się pojawił w debacie publicznej – nie tylko tacy artyści i naukowcy zasługują na naszą współpracę. Pochodzenie – państwowe, etniczne, religijne i inne – nie powinno być automatycznym powodem do dyskryminacji, a tego domaga się antyizraelski list wspomniany na początku (bo chce żydowskich Izraelczyków postawić pod pręgierzem i wymagać od nich lojalki).

Stąd apel o przyjęcie założenia, że współpracujemy z izraelskimi i wszelkimi innymi twórcami kultury, a bojkotujemy tylko tych, którzy – z jakiegokolwiek są kraju – wykazali się zbrodniczymi działaniami lub antyludzkimi wypowiedziami. Jeśli współpraca a nie bojkot będzie domniemaną polityką, kultura na tym zyska.