Krótka historia Żydów w Polsce

Żydzi emigruja do Palestyny
Żydzi emigrują do Palestyny

Pisząc swoją książkę „Najkrótsza historia  Polski”, starałem się objąć nią także historię narodu, który znalazł  swoje schronienie dziejowe na ziemiach polskich. Myślę, że warto dzisiaj  pokusić się o krótką historię Żydów w Polsce – by choć trochę oczyścić  stosunki polsko-żydowskie z obciążeń zarówno mitami, jak i realnymi  urazami, które szkodzą obu stronom. 

Imigracja fachowców

Pierwsi Żydzi, którzy w X wieku docierali  na ziemie przyszłej Polski, byli kupcami z arabskich kalifatów.  Kupowali tu głównie skóry i niewolników, zostawiając tysiące arabskich  dirhemów. Jednemu z tych kupców, Ibrahimowi ibn Jakubowi z Tortosy,  wysłannikowi kalifa Kordowy, al-Hakama i jego żydowskiego wezyra,  Chasdaja, zawdzięczamy najwcześniejsze historycznie wiadomości o  Polanach, twórcach państwa polskiego. Takich samych zresztą zdobywcach i  zbójcach, jak twórcy innych państw średniowiecznej Europy. Inni tacy  kupcy, prawdopodobnie z Chorezmu lub Bagdadu, mieli swoją stację w  Przemyślu, gdzie odkopano cały skład dirhemów.

Po tym, jak z końcem XI wieku niemieccy  rycerze krzyżowi próbowali regulować swoje długi wobec kupców żydowskich  likwidacją wierzycieli i napadali dzielnice żydowskie w miastach  nadreńskich (obronili je swoimi siłami zbrojnymi tamtejsi biskupi),  notujemy pierwszą fazę napływu Żydów, fachowców od pieniądza, na ziemie  polskie. 

Napłynęliby zapewne i bez takich motywów.  Ziemie polskie – po stuleciu podbojów dokonywanych przez Polan i  masowej sprzedaży tubylczych niewolników na południe – pozostaną  niedoludnione aż po wiek XIX. Będą przyciągały osadników ze wszystkich  niemal krajów Europy. Głównie z terenu Niemiec, w większości potomków  zniemczonych całkowicie Słowian połabskich. (Dziś Niemcy wschodni nawet  nie orientują się, czyimi są potomkami; tym bardziej nie pamiętają, że  nazwy Berlina, Lubeki, Drezna, Lipska, Rostoku, Chemnitz nic po  niemiecku nie znaczą; słowiańskie nazwy miejscowe ciągną się aż po  przedmieścia Hamburga).

Żydzi europejscy długi czas byli  praktycznie głównymi, albo i wyłącznymi fachowcami od pieniądza. Jako  innowiercy jedynymi, którzy mogli udzielać kredytu oprocentowanego,  zwanego lichwą i potępianego zarówno przez chrześcijaństwo, jak i przez  islam. Do Polski i na Ruś napływali prawdopodobnie najwcześniej Żydzi z  Lotaryngii, ze świata frankofońskich Walonów. Polacy bowiem – jak i  kijowska kronika Nestora – dla określenia Żydów przyswoili sobie  francuską wymowę łacińskiego terminu Judaeus. Nie znali germańskiego Jude,  choć przygniatająca większość migracji Żydów na ziemie polskie przybyła  potem z ziem języka niemieckiego. Językiem Żydów polskich został  jidysz, stop średnio-górno-niemieckich dialektów, plattów o  średniowiecznym rodowodzie. 

Jest rzeczą prawdopodobną, że polskie  słownictwo handlowe, poczynając od samego słowa „handel”, przynieśli nie  późniejsi w Polsce osadnicy niemieccy, lecz właśnie mówiący swoim  plattem Żydzi. 

To żydowscy fachowcy w drugiej połowie  XII wieku tłoczyli księciu Wielkopolski, Mieszkowi Staremu, notorycznemu  nb. fałszerzowi, jego monety – z hebrajskimi napisami ku czci swego  protektora! Jako servi camerae, słudzy skarbu, pozostawali pod  specjalną ochroną księcia (można ich oglądać na słynnych Drzwiach  Gnieźnieńskich z XII wieku w katedrze gnieźnieńskiej). Kto wyrządzał im  szkodę, obrażał majestat, bo uderzał w interesy książęce. To  najwyraźniej ich przeklinali kronikarze jako poborców podatków,  nakładanych przez księcia, zwłaszcza w trybie tzw. odnowienia monety  (brano lepszą, dawano gorszą; stary pomysł, wypróbowany po wielekroć na  Zachodzie). Mincerze Mieszka Starego, jak i ci pierwsi Żydzi osiadający  na stałe w Polsce, też zapewne wywodzili się z Lotaryngii, z którą  utrzymywał on bliskie stosunki. 

Pod ochroną przywilejów

W XIII wieku, w roku 1264, książę  wielkopolski Bolesław Pobożny wydał pierwszy przywilej dla gminy  żydowskiej w Kaliszu. Chroniący nie tylko osoby i interesy Żydów, ale  także ich świątynie i cmentarze. Ten przywilej w XIV wieku król Polski,  Kazimierz Wielki, rozszerzył na całe państwo polskie. Żydzi przybywali  do Polski jak inni osadnicy, ale tym chętniej, że znajdowali tu refugium  wobec prześladowań ze strony chciwych władców Zachodu, którzy swoich  Żydów pod różnymi, najczęściej religijnymi, pozorami bez pardonu  rabowali i mordowali. Najdalej szła w tym notabene „stara wesoła  Anglia”: w roku 1278 za obrzynanie monet stracono w Londynie 293 Żydów  (jak napisał prostoduszny historyk współczesny: „niewykluczone, że  wszyscy byli winni”), a w roku 1290 Edward I wygnał wszystkich Żydów.  Mogli zabrać tylko ruchomy dobytek. Nie inaczej poczynał sobie i  francuski Filip Piękny… 

Papież Innocenty III, uważany za  najwybitniejszego papieża średniowiecza, sam wiecznie potrzebujący  pieniędzy i zadłużony, wezwał wszystkich władców chrześcijańskich, by  anulowali oprocentowanie długów chrześcijan wobec Żydów. W 1205 r.  ogłosił, że wszyscy Żydzi za ukrzyżowanie Chrystusa skazani są na  wiekuistą niewolę. W 1215 r. nakazał Żydom umieszczać na swej odzieży  specjalny znak (naszyte żółte kółko mieli nosić mężczyźni, a kobiety dwa  białe paski). Tak Innocenty III zapoczątkował rzekomo odwieczny  antysemityzm chrześcijański – jak widać, naprawdę chodziło o pieniądze. W  Polsce go nie posłuchano ani od razu, ani później. W roku 1267 legat  papieski domagał się od książąt i biskupów polskich, by zmusili wreszcie  Żydów do noszenia specjalnego stroju i żeby usunęli ich do odrębnych  dzielnic w miastach. Bez skutku. Papiestwo potem skarżyło się, że w  Polsce sprzyja Żydom nawet duchowieństwo. 

Osobne dzielnice żydowskie w miastach  pojawiły się w Polsce wraz z lokowaniem miast na prawie magdeburskim.  Dominowali w nich osadnicy z Niemiec, którzy przywieźli też zawiść wobec  umiejętności i bogactw niemieckich Żydów. Kiedy w połowie XIV wieku  plagi wojen w Europie dopełniła inwazja dżumy, „czarnej śmierci”, na  ziemiach języka niemieckiego trwały rzezie Żydów, którym przypisano…  zatruwanie studzien. Na mało ludnych ziemiach polskich dżuma nie  rozpanoszyła się aż tak bardzo, a król Kazimierz Wielki, zainteresowany  rozwojem handlu, nie pozwalał na prześladowania Żydów. Jego zaufanym  bankierem był zresztą Lewko, syn Jordana, Żyd z Krakowa. 

O Polsko, ziemio królewska

Następne paręset lat „pokoju polskiego” w  epokach, kiedy cała Europa spływała krwią własnych i cudzych obywateli,  sprzyjało dalszemu, masowemu napływowi Żydów i wzrostowi ich populacji.  Nie przypadkiem narodzi się w środowisku żydowskim pieśń religijna  zaczynająca się słowami: „O Polsko, ziemio królewska, na której od  wieków szczęśliwie żyjemy…”. 

Nieznająca wojen religijnych  Najjaśniejsza Rzeczpospolita wchłonęła schrystianizowane Wielkie  Księstwo Litewskie i w ciągu wieków spolonizowała elity społeczne Litwy,  Rusi Kijowskiej i Białorusi. Żyli w niej obok siebie najrozmaitsi  różnowiercy – Rusini, czyli prawosławni, Żydzi, Ormianie, Tatarzy, czyli  muzułmanie, i Karaimi; potem również protestanci. Z końcem XV wieku  grupa „krzyżowców”, wybierających się na wojnę z Turkami, napadła na  dzielnicę żydowską w Krakowie – król nie tylko przeciwstawił się tej  awanturze, ale ukarał miasto za brak ochrony! Podobnie było w drugiej  połowie XVII wieku, kiedy wybryków takich dopuszczali się w paru  miastach Polski uczniowie szkół jezuickich, zwolennicy kontrreformacji.  Co charakterystyczne – napadali zbrojnie i burzyli zbory protestanckie,  ale nie wolno im było zburzyć żadnej synagogi. 

Kiedy cztery zachodnioeuropejskie  uniwersytety, z Sorboną włącznie, potępiły Jana Reuchlina za obronę  Talmudu i innych ksiąg żydowskich przed spaleniem, w Polsce, w pierwszej  połowie XVI wieku, król Zygmunt Stary zrównał kupców żydowskich z  chrześcijańskimi w opłatach celnych i nadał im prawo wolnego handlu w  całym państwie. Wywołało to niechęć miast i mieszczan, tym bardziej że  szlachta coraz częściej swoje interesy prowadziła z Żydami. Rozwinął się  wówczas samorząd żydowskich gmin wyznaniowych, kahałów. W sensie  handlowym – swoistych spółek z solidarną odpowiedzialnością. Działo się  to w czasie, gdy Hiszpania większość Żydów wygnała, a pozostałych  zmusiła do konwersji na katolicyzm. Paliła ich potem na stosach na równi  z heretykami i podejrzanymi o potajemną wierność islamowi. W Polsce  bogatsi Żydzi ubierali się tak samo jak szlachta; jednego z nich  demonstracyjnie przyjął do herbu najwybitniejszy polski mąż stanu XVI  wieku Jan Łaski. A bywali i szlachcice wyznania mojżeszowego, czyli po  prostu Żydzi-szlachcice! 

W drugiej połowie XVI wieku, za panowania  króla Stefana Batorego, Żydzi polscy zaczęli odbywać regularne  posiedzenia własnego sejmu, waadu. Zasiadali w nim posłowie kahałów i  rabini. Ustalały one prawa dla Żydów i m.in. to waadom powierzył król –  już nie „seniorom”, przez siebie mianowanym – rozdział obciążeń  podatkowych. Nie trzeba dodawać, że wpływy z tych podatków znacznie  wzrosły. 

Polskiego i innych języków Królestwa  Polskiego uczyli się tylko Żydzi pozostający w bieżącym kontakcie ze  szlachtą i innymi partnerami spoza swego kręgu – lekarze, kupcy i  karczmarze. Ogół żydowski, coraz liczniejszy, obracał się we własnym,  zamkniętym kręgu i wystarczał mu jidysz. Hebrajski znała tylko  wykształcona elita. Coraz więcej Żydów, pod ochroną szlachty,  przesiedlało się na ziemie Rusi Kijowskiej i Białej. Z czasem w  miasteczkach tych ziem, jak i na Mazowszu oraz Podlasiu, staną się oni  większością. Na terytorium Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa  Litewskiego było więcej Żydów niż we wszystkich pozostałych państwach  Europy razem wziętych – i tak miało być aż po wiek XX. 

Na wsiach Żydzi przejmowali prowadzenie  karczm i „lichwę”. Pod osłoną ze strony szlachty tak jak ona doili  chłopstwo – i zarabiali na jego niechęć. Publicyści ekonomiczni Polski  XVII i XVIII wieku atakowali Żydów jako odrębny stan, który w symbiozie  ze szlachtą bogaci się kosztem reszty społeczeństwa. Bo był to  rzeczywiście w polskiej rzeczypospolitej szlacheckiej odrębny stan  społeczny – obok szlachty, duchowieństwa, mieszczaństwa i chłopstwa. 

Paradisus Judeorum

Samorząd Żydów, kahał, sądził, uczył,  pomagał i odpowiadał solidarnie za długi swych członków. Wierzyciel  bankruta miał prawo skonfiskować towary w żydowskich sklepach i  magazynach, aresztować Żydów z jego kahału jadących na jarmarki, a nawet  opieczętować synagogę i uwięzić starszych kahału. Kolejny waad ustali  więc z początkiem XVII wieku zasadę, że wzięcie kredytu poza kahałem  wymaga chazaki, pozwolenia starszych. 

Z czasem, pod koniec XVII wieku, same  kahały pod kierownictwem doświadczonej starszyzny staną się bankami.  Lokowali w nich kapitały magnaci, biskupi katoliccy i klasztory. Przy  oprocentowaniu 7 do 10 procent rocznie. Zwało się to lokatami „na  synagogach”. Zabezpieczał je cały majątek wszystkich członków kahału,  były to więc lokaty pewne. Kapitały co większych kahałów rosły w XVIII  wieku do rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy dukatów holenderskich,  czyli i do dziesięciu nawet ton złota… Mniejszymi pieniędzmi  szlacheckimi obracali pomniejsi żydowscy ludzie interesów – dzierżawcy  karczm i zajazdów. 

Popyt na pieniądz był ogromny. Nawet z  członków kahału ściągano procent niewiarygodnie wysoki – około  trzydziestu. Procent „żydowski”, ściągany z chłopów, sięgał szeląga  tygodniowo od jednego umownego złotego, co w skali roku oznaczało 57,7  procent. Świat żydowski opłaci to krwią, na równi z polską szlachtą i  duchowieństwem katolickim, podczas wojen kozackich w połowie XVII wieku i  podczas „buntu hajdamaków” w drugiej połowie XVIII wieku. Jednak nie na  terenie ziem polskich, lecz na Ukrainie. 

Obroty sięgały olbrzymich sum – z handlu  zbożem, drewnem i płodami leśnymi, aż po bydło i skóry. Żydzi jako  handlowi pełnomocnicy szlachty nie płacili ceł, którymi dzierżawcy tych  ceł łupili kupców-mieszczan. Królestwo Polskie było przez kilkaset lat  zbożowym eldoradem Europy i bogacili się nawet chłopi. W XV wieku  szlachta zakazała chłopom… noszenia złotych łańcuchów i wysyłania więcej  niż jednego młodego człowieka z gospodarstwa na uniwersytety. Mimo  postępującej degradacji chłopstwa w XVIII wieku na terenie Wielkopolski  30 procent chłopów wykupiło się z pańszczyzny, a 15 procent kupiło i  wolność osobistą. Nic dziwnego, że Polska nie znała zjawiska takiego jak  wojny chłopskie. 

Tym bardziej bogacił się stan żydowski.  Ale nie inwestował. Żydzi polscy, nawet najbogatsi, umieli żyć skromnie i  oszczędzać. Jednak pieniędzy na miejscu nie lokowali. Z łatwych do  zrozumienia powodów: ziemi nabywać nie było im wolno, a każde widome  bogactwo, przy jakiejkolwiek inwestycji w przemysł, wzbudziłoby  natychmiast pokusę opodatkowania. W rezultacie jedyny żywioł gospodarny i  zdolny w Królestwie do akumulacji kapitału wywoził go i lokował… w  Niderlandach. Tam, gdzie wskutek nadmiaru lokat oprocentowanie malało w  tej epoce do 2,5 procent rocznie! 

W XVIII wieku „Wielka Encyklopedia” Denisa Diderota nazywa Polskę paradisus Judaeorum,  rajem Żydów. Szlachta swoją lokalną jurysdykcją chroni troskliwie nawet  małych handlarzy. W tym stuleciu na Wołyniu (!) szlachcic da gardło za  morderstwo rabunkowe na trzech Żydach. Szlachta wygnała w XVII wieku  arian – szlacheckich protokapitalistów – uznawszy ich za zdrajców po  najeździe szwedzkim, kiedy opowiedzieli się za królem szwedzkim,  protestantem. Pomysł wygnania Żydów czy Tatarów polskich, znacznie  bardziej obcych religijnie, nikomu nie przyszedł do głowy. 

Jednakże wysoka kultura świata Żydów  polskich, odgrodzonych od reszty społeczeństwa niezrozumiałym pismem i  językiem, zaniknie wraz ze swymi wybitnymi umysłami i słynnymi w Europie  ośrodkami myśli religijnej. Masowy żydowski ruch odnowy religijnej  skieruje się właśnie przeciw Żydom bogatym i uczonym, przeciw życiu  umysłowemu żydowskich warstw wyższych. Ba, nawet przeciw ich odzieży,  którą w tamtych czasach nie odróżniali się od reszty społeczeństwa. 

Tego ruchu biedoty, wbrew dzisiejszym stereotypom, nie wywołały wojny kozackie XVII wieku. Chasidim,  bogobojni, sprawiedliwi, pojawią się dopiero w latach 30. XVIII wieku.  Byli… bardzo polscy. Chasydyzm to dobroć i ciepło, dalekie od  bezwzględności wymagań i nietolerancji tradycyjnej gminy żydowskiej. Ma  wiele z dobroduszności lekkomyślnej, zdemoralizowanej dobrobytem Polski  szlacheckiej i dużo cudownego poczucia humoru epoki szlacheckich  fraszek. Wolnomyślicielami chasydzi nie byli. Przeciwnie, skłonni raczej  do mistycyzmu, uprawiali adorację Boga, śpiewając i falując w rytualnym  tańcu, który jak tańce derwiszów unosił ich duchowo. Gdyby ich  indywidualna modlitwa nie polegała na rozpamiętywaniu problemów wiary,  ich życie umysłowe zanikłoby ze szczętem. Ten sposób i tryb modlitwy  zapewnił kolejnym pokoleniom trening intelektualny, który z  najprostszych biedaków czynił myślicieli. XX-wieczne sukcesy Żydów w  szachach i naukach ścisłych wyrosły z tego właśnie treningu umysłu. 

Prostotą rytuału chasydzi pozyskali  zwolenników w całym kręgu Żydów polskich, wyodrębniając ich zarazem  spośród reszty społeczeństwa ascetycznym strojem, chałatem i jarmułką  oraz fryzurami. Elity żydowskie wezmą z chasydami rozbrat i będą się w  sporej części polonizowały. W drugiej połowie XVIII wieku w sumie około  tysiąca bogatych rodzin żydowskich (nie licząc tzw. frankistów) przyjmie  chrzest i wejdzie w krąg herbowej szlachty polskiej. Niektórzy ich  potomkowie będą, nieświadomi swego pochodzenia, popisywali się w XX  wieku… antysemityzmem. 

Funkcja „stanu” żydowskiego w ówczesnej  gospodarce Królestwa nie zmieniła się jednak. Chasydzi, przy całym swoim  poczuciu humoru, pozostaną najlepszymi w Królestwie specjalistami od  interesów. Mądrość cadyków na pewno im w tym nie przeszkadzała. 

Osobność

Polską demokrację szlachecką rozłożył  dobrobyt. Szlachta polska, która w XV wieku sama opodatkowywała się na  potrzeby obrony państwa, zatraciła w ciągu XVII i XVIII wieku instynkt  samozachowawczy. Koniec końców uwierzyła całkiem serio, że niemoc  państwa chroni je przed agresją. Tym bardziej trudno było wymagać  patriotyzmu od ówczesnych polskich Żydów. Skrupiło się to i na  szlachcie, i na Żydach: w drugiej połowie XVIII wieku na ziemiach  Ukrainy bunt, zwany buntem hajdamaków, rżnął „Lachiw, popiw i Żydiw” bez  różnicy. Szlachtę polską, księży katolickich i Żydów, włącznie z  kobietami, starcami i dziećmi, ponieważ ich wszystkich razem lud Ukrainy  identyfikował jako swych wrogów i ciemiężycieli. 

Bezwładna Rzeczpospolita już od dawna  budziła swymi bogactwami uzasadnioną zawiść sąsiadów. Te uczucia  najlepiej wyraża piosenka, którą śpiewano w Prusach Fryderykowi  Wielkiemu (cytuję za Jerzym Topolskim): 

  • Twoja zapobiegliwość jest znana,Wielki Fryderyku, Wielki Królu,Bowiem w naszej ojczyźnieDużo ludzi, a mało dóbr.A tam gdzie można by zbierać plony,Przychodzą jelenie i dziki.Miód jest jak cukier słodki,Nie można go jednak znaleźć.Dlatego powstań iSkacz przez kamienie i pola –Do polskiej krainy Kanaan,Gdzie spotka się miodu dosyć. *

Sąsiadami tego polskiego Kanaan były  największe militarne potęgi lądowe Europy. Kiedy polscy reformatorzy  zdołali obudzić szlacheckie społeczeństwo, mogli tylko przygotować  Polaków do przetrwania rozbiorów Polski i niewoli przez następne 120  lat, ale na przeciwstawienie się potędze zaborców było zbyt późno. 

Ruch reform doprowadzi do przełomu  politycznego – swoistej „łagodnej rewolucji”, wyjątkowej w Europie – do  uchwalenia w roku 1791 Konstytucji 3 maja. Słowo „naród” obejmuje teraz  wszystkich, wszystkie stany – szlachtę, duchowieństwo, mieszczan, Żydów i  chłopów. Kiedy Konstytucja mówi, że „wszyscy są obrońcami całości  swobód narodowych”, widzi nimi naprawdę wszystkich. Za późno, żeby  ochronić państwo, ale na tyle dobitnie, żeby wzbudzić uczucia  patriotyczne także i w sporym kręgu polskich Żydów. Już wcześniej „Żyd  ubogi, a przemyślny”, geolog, dokonał cennych odkryć solanek,  wynagrodzony pensją przez króla, a przedstawiciele szlachty bronili  Żydów przed ograniczeniami ze strony słabego mieszczaństwa, które  handlowało drożej i mniej sprawnie. Do powstania kościuszkowskiego w  roku 1794 ruszy i lekkokonny oddział Żydów, głównie z Warszawy i okolic.  Jego twórca, Berek Joselewicz, pułkownik wojsk polskich, przejdzie do  legendy – po rozbiorach przedostanie się do Legionów walczących u boku  Napoleona i zginie w roku 1809 w bitwie pod Kockiem jako dowódca  szwadronu szwoleżerów. 

Ten fakt nie może przesłonić obcości  zdecydowanej większości Żydów polskich wobec reszty społeczeństwa. Jak  napisałem, trudno było oczekiwać od nich przywiązania do  Rzeczypospolitej, kiedy nie zdradzała takiego przywiązania sama szlachta  polska (gdyby cała poparła w roku 1794 powstanie kościuszkowskie,  przebiegłoby ono zgoła inaczej). 

Żydzi polscy będą od tej pory w  większości identyfikowali się z państwami zaborczymi. Na ziemiach  zagarniętych przez carat – z Rosją. Na ziemiach pod zaborem pruskim – z  Niemcami jako państwem i kulturą, a pod zaborem austriackim – z Austrią.  W obu ostatnich o tyle łatwiej, że mówili językiem, który te państwa  traktowały jako zepsutą niemczyznę.

Pod zaborami

Szmul Jakubowicz, zwany Zbytkowerem,  największy kupiec Królestwa przed jego upadkiem, nie był polskim  patriotą. Nie był patriotą żadnego państwa. Był patriotą swoich  interesów. Jako liwerant, czyli dostawca, dostarczał żywność tym armiom,  które płaciły. Kiedy przy drugim rozbiorze Polski padła cała polska  finansjera mieszczańska i szlachecka, on nie zbankrutował. 

Wdowa po nim, Judyta, córka  wykształconych Żydów berlińskich, założy w Warszawie bank i wyda córkę  za jednego z polskich magnatów. I to ona wyedukuje (poza Jakubem  Epsteinem spod Warki, porucznikiem ułanów w powstaniu kościuszkowskim,  ojcem Epsteinów finansistów) swoich synów i zięciów, protoplastów całej  elity finansowej Żydów europejskich i amerykańskich – Bergsonów,  Pragerów, Toeplitzów, Horowitzów, Fraenklów i Laskich. Wszystkie te rody  wyszły z Warszawy. Jedynie Rotszyldowie i Oppenheimerowie – z Niemiec. 

Zbliżenie

W warunkach presji ze strony caratu Żydzi  i Polacy stopniowo zbliżali się do siebie. Wielu finansistów  żydowskich, potomków Zbytkowera i Epsteina, było gorącymi polskimi  patriotami. Trudno przecenić rolę Leopolda Kronenberga w rozwoju kraju.  Warszawski rabin, Dow Beer Meisels, wprowadził język polski do  żydowskich szkół wyznaniowych, sam wygłaszał kazania po polsku; słuchać  ich w latach 1860–1862 przychodzili Polacy. Wspólne manifestacje  patriotyczne rodziły ducha braterstwa – 8 maja 1861 r. manifestacje na  cmentarzach katolickim i żydowskim w Warszawie zmasakrowali carscy  Kozacy. Kiedy księża katoliccy demonstracyjnie zamykali kościoły, by  uchronić je przed profanacją ze strony Kozaków, rabini równie  demonstracyjnie zamknęli synagogi. Wielu młodych Żydów poszło w roku  1863 walczyć w powstaniu styczniowym. Rabina Meiselsa carat uwięził i na  wiele lat wygnał z kraju. Jego pogrzeb w roku 1870 przekształcił się w  wielką manifestację patriotyczną. 

Leopold Kronenberg i jego synowie, polscy  patrioci, w konkurencji z Epsteinami i Janem Blochem budowali koleje i  przemysł, a ich Bank Handlowy wspierał polską ekspansję na terenie  Rosji. Maleńkie terytorialnie Królestwo Polskie w dużej mierze dzięki  tej polskiej finansjerze żydowskiego pochodzenia stało się najbardziej  uprzemysłowionym obszarem w państwie carów. Łódź, w początkach XIX wieku  małe miasteczko, została Manchesterem środkowej Europy. 

Antysemityzm

Nowożytny antysemityzm powstał w  Niemczech i Austrii po słynnym krachu giełdowym roku 1873. Finansjera  tych krajów składała się w ogromnej części z Żydów, jedynych ludzi, jak  pisał Werner Sombart, zawodowo przygotowanych do kapitalizmu. Byli oni  patriotami Prus i to oni głównie, także potem, budowali potęgę  przemysłową Niemiec. Jednak – owładnięta gorączką spekulacji w latach  1871–1873 – niemiecka warstwa średnia odpowiedzialnością za swoje  niepowodzenia obarczyła Żydów.

Kto natomiast wymyślił antysemityzm jako  narzędzie polityki w carskiej Rosji, nie ustalono do dzisiaj. Zamachów  przeciwko caratowi dokonywali do końca lat siedemdziesiątych XIX wieku  Rosjanie i spiskujący z nimi Polacy. Pierwsi młodzi Żydzi weszli do  konspiracji dopiero w roku 1879. Na pomysł, by niezadowolenie ludu  obrócić przeciw „innym”, utworzona świeżo Ochrana, carska tajna policja,  musiała wpaść przed zamachem na Aleksandra II – bo pierwszą serię  pogromów wywołano w Rosji i na Ukrainie wiosną 1881 roku. 

W Warszawie po pierwszych ulotkach  antyżydowskich biskup Antoni Sotkiewicz listem pasterskim ostrzegł lud  warszawski, by nie brał udziału w przemocy. Władzy udało się sprowokować  rozruchy dopiero w Boże Narodzenie, 25 grudnia 1881, ale i wtedy w  jednej z dzielnic, na Rybakach, wspólnie bronili zaatakowanych Polacy i  Żydzi. Rozruchy potępiła cała warszawska prasa, zorganizowano zbiórkę na  rzecz ofiar. Wielka aktorka, Helena Modrzejewska, przekazała na nią  cały dochód z występów w Krakowie. Jednakże po tych właśnie wydarzeniach  ruszyła na emigrację do Stanów Zjednoczonych pierwsza grupa tysiąca  Żydów z Królestwa… 

Litwacy

W latach osiemdziesiątych carat kolejnymi  ustawami wygnał Żydów z rosyjskiej wsi. Potem zamknął przed nimi  Petersburg, Moskwę i inne większe miasta Rosji – musieli je opuścić.  Przenieśli się na ziemie Królestwa. Ci tzw. Litwacy pochodzili z dawnych  terytoriów Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego  bezpośrednio wcielonych do państwa carów. Uważali się jednak za Żydów  rosyjskich. Już wcześniej pierwszych spośród nich przywabiły możliwości  pracy i handlu na ziemiach Królestwa, kadłubowego wprawdzie, ale o  największym dynamizmie gospodarczym. Tu popadali w konflikty z  miejscowymi Żydami: zatrudniali tylko swoich, życie religijne i  kulturalne prowadzili we własnym gronie, a mówili, oprócz jidysz, tylko  po rosyjsku. Zarówno polscy Żydzi, jak i Polacy widzieli w nich element  obcy i podejrzewali o współpracę z zaborcą. Ich kulturę i literaturę  poznajemy w Polsce dopiero w naszych czasach, po z górą stu latach. 

„Obcych” robiło się wszakże coraz więcej,  a lud polski nie rozróżniał Żydów „swoich” i „obcych”. Jedni i drudzy  żyli w świecie odrębnym, temu ludowi nieznanym. Rodząca się polska  warstwa średnia widziała natomiast w Żydach jedynie groźną, bo  silniejszą, konkurencję. Dzielił oba światy nawet zapach: nędza i jej  brud w obu kręgach kulturowych wydawały woń odpychającą, ale nie tę  samą, bo Żydzi ratowali zdrowie czosnkiem i cebulą. 

Z końcem XIX wieku napływ Litwaków uczyni  Warszawę trzecim miastem państwa carów, a Łódź – piątym. W pomniejszych  polskich miastach i miasteczkach Żydzi stali się nawet większością, a  liczebnie przeważali wśród nich ci „obcy”, którzy nie nauczą się ani  polskiego, ani poczucia związku z obcym sobie krajem. Paliwa zatem dla  masowego, ludowego antysemityzmu było w Królestwie Polskim znacznie  więcej niż w krajach języka niemieckiego. Mimo to nie udało się Ochranie  rozpętać ekscesów antysemickich na masową skalę. Blokowało je swoimi  wpływami duchowieństwo polskie, w większości wtedy szlacheckiego  pochodzenia. Później, gdy wśród polskiego kleru będzie coraz więcej  przedstawicieli ludu i warstw średnich, sytuacja się zmieni: Kościół  zyska na sile, zacieśniając związki z ludem, ale relacje Polaków z  Żydami skomplikują się jeszcze bardziej. 

Obcy

Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i  Litwy, partia komunistyczna, bardziej niż burżuazji nie znosiła Polskiej  Partii Socjalistycznej. Oparciem PPS były środowiska młodzieży  inteligenckiej i robotniczej. W części polskiej i w części żydowskiej (z  kręgu polskich Żydów). W SDKPiL Żydzi to głównie Litwacy. Ci, co  naturalne, woleli przyszłość bez granic między państwami narodowymi i  chętnie wiązali się z najradykalniejszymi rewolucjonistami Rosji. 

Na ziemiach polskich Żydzi stanowili  teraz kilkanaście procent populacji. Co ciekawe, powieści Henryka  Sienkiewicza budziły ducha narodowego także wśród młodych Żydów. Do tej  pory tylko polscy konserwatyści mówili o Żydach w Polsce jako o  „narodzie w narodzie”. Teraz myśleć o sobie jako narodzie zaczęli sami  Żydzi. Nie wszyscy i nie od razu. Inteligenci żydowscy pod wpływem  Kronenbergów skłonni byli do asymilacji z Polakami. Wydawali od dawna  swoje pisma po polsku, broniąc spraw Żydów, ale i opowiadając się za  stopniowym zbliżeniem ze światem polskim. W zaborze pruskim Żydzi czuli  się z reguły Niemcami; w zaborze austriackim zostali patriotami państwa  Franciszka Józefa. Świat ortodoksji żydowskiej chronił swą odrębność  religijną i kulturową, obywając się bez myśli o jakichkolwiek związkach  narodowych. 

Za twórcę syjonizmu, idei własnego,  narodowego państwa Żydów w Palestynie, uważa się wiedeńskiego publicystę  Teodora Herzla. Ale tę ideę propagował już w latach pięćdziesiątych XIX  wieku wielki poeta polski Adam Mickiewicz, przyjaciel żydowskiego  świata. Próbował nawet stworzyć u boku Turcji ,w czasie wojny krymskiej,  Legion Żydowski. Warszawski „Izraelita” miał tę ideę za szkodliwą  mrzonkę, w roku 1892 notował, że „ruch palestyński śród Żydów naszych  datuje się od lat kilkunastu”. To oni, zupełnie zapomniani, byli  prawdopodobnie pierwszymi osadnikami w Petach Tikwa w roku 1878. Mimo  ciężkich warunków życia, wśród koczowniczych plemion arabskich, osiadały  tam setki rodzin polskich Żydów – tych austriackich i z Królestwa. To  oni w straszliwie ciężkich warunkach, osuszając bagna i nawadniając  pustynie, płacąc chorobami i śmiercią, tworzyli zalążki przyszłego  państwa Izrael. 

Także najmłodsi socjaliści żydowscy z  Polski w 1900 r. stworzyli swój ruch syjonistyczny – inaczej niż starsi,  których skupił w roku 1897 „Bund”. Syjonistów ożywiała siła polskich  marzeń niepodległościowych, uchodzących wówczas za utopijne. To był ten  sam „bezpodstawny optymizm” z lektur Sienkiewicza, który rządził  polskimi socjalistami Piłsudskiego. 

Początki polskiego nacjonalizmu

Polski ruch nacjonalistyczny narodził się  później niż żydowski ruch narodowy. Doszło do rozłamu w powstałej na  emigracji Lidze Polskiej (członkami jej późniejszej organizacji  młodzieżowej, Związku Młodzieży Polskiej, zwanej skrótowo „Zet”, byli  również Żydzi). W roku 1893 powstała Liga Narodowa. Razem z PPS  organizowała pierwsze po latach manifestacje patriotyczne w Królestwie.  Potem z nią rywalizowała. W roku 1896 przekształciła się w Stronnictwo  Narodowo-Demokratyczne. Stronnictwo to, ciągle jeszcze bez  nacjonalistycznego oblicza, skupiało wielu autentycznych demokratów. 

Był wśród nich także późniejszy  przywódca, ojciec ideologicznego polskiego antysemityzmu, Roman Dmowski.  Sam kreował się na swoistego anty-Piłsudskiego, obsesyjnie o niego  zazdrosny (wokół Piłsudskiego, przywódcy PPS, bohaterskiego  konspiratora, zwolennika walki zbrojnej o niepodległość, rosła już  legenda). Dmowski, syn majstra kamieniarskiego z warszawskiej Pragi,  wpół żydowskiej dzielnicy biedoty, przeciwstawił trosce socjalistów o  los biednych filozofię „egoizmu narodowego”. W opozycji do  niepodległościowego programu Piłsudskiego i walki z Rosją proklamował w  roku 1911 „wojnę narodową” z… Żydami, zamiast budować z nimi wspólny  front w walce z caratem. 

Umiał czasem w imię dobra kraju  porozumieć się z Piłsudskim. Codzienna rywalizacja polityczna  przyprawiała niemal całą endecję, jak nazywano Narodowych Demokratów, o  stały kompleks niższości wobec rewolucyjnych bohaterów z obozu  Piłsudskiego. Uczucie graniczące niekiedy z nienawiścią. Po odzyskaniu  przez Polskę w roku 1918 niepodległości fanatyczny endek zastrzelił  pierwszego jej prezydenta. Dlatego że sejm wybrał go większością głosów,  na którą złożyły się także głosy mniejszości narodowych! Endecja na  lata straciła dobre imię, nawet w kręgach mieszczańskich i chłopskich.  Odeszło z niej wielu wybitnych działaczy, ale refleksy tych uczuć,  włącznie z antysemityzmem, będą powracały przez cały wiek XX aż po dzień  dzisiejszy. 

Utopie

Narodziny Rosji sowieckiej nie pozostały  bez wpływu na świat Żydów polskich. Rosja sowiecka dziedziczyła po  caracie, który obaliła, tego samego przemożnego ducha ekspansji  terytorialnej, ubierał się on tylko w inne hasła. Spajała bolszewików  idea porywającej, szalonej utopii, w której kucharki miały rządzić  państwem wolnym od podziałów narodowych. Niewielu polskich Żydów uległo  czarowi tej utopii, ale faktem jest, że Komunistyczna Partia Polski z  nich się w większości składała. 

Ową utopią od początku rządził opętańczy  terror. Kierował nim były więzień caratu, Polak, Feliks Dzierżyński. Z  takiej samej, co Piłsudski, rodziny i z tych samych okolic…  Najważniejszy, obok Lenina, przywódca bolszewików, rosyjski Żyd, Lew  Trocki, uważał, że przyszedł czas na rewolucję światową, pchał więc  Armię Czerwoną na zachód. 

Pochód Armii Czerwonej zatrzymała jedna z  najważniejszych bitew w historii ludzkości – Piłsudski w roku 1920  pokonał bolszewików, udaremniając plan rewolucji światowej. PPS miała  wśród swoich przywódców wielu Żydów, spora część z nich walczyła w  szeregach armii Piłsudskiego, a setki tysięcy Żydów z Rosji uciekało do  Polski przed bolszewikami. Bolszewicy okresu stalinowskiego okażą się  zresztą zdeklarowanymi antysemitami, będą Żydów deportowali na Daleki  Wschód i mordowali w manipulowanych procesach, jak własnych rodaków i  inne mniejszości. 

Zmarnowane szanse

Niepodległa Polska nie stworzyła państwa  wielonarodowego, mimo że na wschód od Bugu tylko 5,6 miliona spośród 13  milionów mieszkańców tych ziem podawało w roku 1931 język polski jako  język ojczysty (przy 31,9 mln ogółu obywateli państwa). Z terenów tych  nie uczyniła Polska wzoru wolności dla sowieckiej Ukrainy i Białorusi.  Po śmierci Piłsudskiego rządy jego następców do końca zmarnują szanse  porozumienia – będą prześladowały nawet spółdzielczość rolną Ukraińców,  doszukując się w niej wpływów sowieckich. 

Tak samo podejrzewały sympatie  prosowieckie u Żydów. Jest oczywiście prawdą, że członkowie  Komunistycznej Partii Polski od 1930 r. byli wręcz zobowiązani do  systematycznego szpiegostwa na rzecz „ojczyzny światowego proletariatu”,  czyli ZSRR. Jednak było ich ledwie kilka tysięcy wobec 3,1 miliona  obywateli deklarujących w Polsce roku 1931 wyznanie mojżeszowe.  Niestety, mało kto w Polsce znał Żydów. Z tych 3,1 mln prawie 2,8 mln  podawało jako język ojczysty żydowski lub hebrajski, co w praktyce  oznaczało, że prawie tyle obywateli państwa albo nie mówi, albo słabo  mówi po polsku. Codzienne współżycie obcych sobie nacji nie układało się  wrogo, ale społeczności żydowskie w wielkich miastach, z tysiącami  małych warsztatów i sklepików, wystarczały same sobie i nawet nie  potrzebowały szerszych kontaktów z polskim otoczeniem. Czego pełną  ilustrację znaleźć można w twórczości Isaaka Bashevisa Singera i w  tradycji sztetlu, żydowskiego miasteczka. Osobny świat sztetlu nie  szukał przyjaźni ani akceptacji ze strony swego polskiego otoczenia. 

Tej obcości nie mogli przełamać wielcy  polscy uczeni i pisarze żydowskiego pochodzenia ani poeci  najpiękniejszego języka polskiego, jego niedoścignieni artyści i  mistrzowie, jak Leśmian i Tuwim. Jeden z delegatów Polski na konferencję  pokojową w Wersalu po pierwszej wojnie światowej, wielki historyk  polski, potomek żydowskiego lekarza królów polskich z XVI wieku, Szymon  Askenazy, mawiał, że jak Polakami stali się polscy Tatarzy, nie  wyrzekając się islamu, swoich obyczajów ani poczucia tożsamości, czy też  Ormianie, tak samo Polakami być mogą Żydzi. Niemniej przygniatająca  większość Żydów polskich nie wiedziała nawet o istnieniu Askenazego… 

Wobec zagrożenia

Kiedy w roku 1933 władzę w Niemczech  objął Hitler, stało się jasne, przynajmniej dla elity Żydów polskich,  czym to grozi. Polski rząd mógł liczyć na sojusz nie tylko z nimi, ale i  ze światową diasporą żydowską, której tylu przedstawicieli należało do  elity finansowej ówczesnego świata i miało poprzez prasę niemały wpływ  na opinię publiczną Zachodu. Niestety, ani jedna, ani druga strona nie  zrobiła żadnego sensownego kroku w tym kierunku. Władze polskie, nie  ufając Żydom, tolerowały endeckie ekscesy antysemickie na wyższych  uczelniach i tzw. getta ławkowe. Ograniczano liczbę studentów żydowskich  zasadą tzw. numerus clausus, a nawet numerus nullus. Z  drugiej strony żydowskie elity Ameryki i zachodu Europy długi czas nie  chciały wierzyć we wrogość Niemców wobec Żydów. Anglia programowo  ograniczała napływ Żydów do Palestyny. W latach międzywojennych dostało  się tam ich z Polski zaledwie 140 tysięcy. Zanim reżim hitlerowski  rozpoczął zagładę wszystkich, których uznał za Żydów, politycy  europejscy okresu międzywojennego, wśród nich i polscy, i żydowscy, i  zachodnioeuropejscy, popełnili fatalne w następstwach błędy polityczne. 

Atmosferę w polskim Kościele katolickim,  coraz bardziej ludowym, w latach trzydziestych zdominowała aktywność  pewnego franciszkanina, ojca Maksymiliana Kolbego. Ten ostentacyjnej  skromności osobistej, charyzmatyczny menedżer wydawał najbardziej masowe  czasopisma religijne, niestety powielające antysemickie stereotypy. Na  Kościół powoływał się także w końcu lat trzydziestych marginesowy  wprawdzie, choć krzykliwy polski ruch faszystowski. Ksiądz Stanisław  Trzeciak jeździł do Niemiec na hitlerowskie parteitagi, mimo że  hitleryzm także i chrześcijaństwa nienawidził patologicznie. Jednakże  ani episkopat, ani ogół księży, ani ich wierni z miejskiej klasy  średniej i chłopstwa nigdy nie podjęli działań na wzór niemiecki.  Koszmarne wydarzenia w Jedwabnem i Radziłowie w roku 1941 pod okupacją  hitlerowską można wiązać z antysemicką, przedwojenną postawą biskupa  łomżyńskiego i niechęcią łomżyńskiego duchowieństwa do Żydów,  trzymających w ręku cały tamtejszy handel. Jednakże przed rokiem 1939  nigdzie ta niechęć nie obróciła się w skrajne akty nienawiści. 

Wyzwanie, które rzucą Polsce i jej  Kościołowi katolickiemu hitleryzm i komunizm, przywróci Kościołowi jego  tradycyjną rolę. Ojciec Kolbe, zesłany do Auschwitz, ofiaruje tam życie  za współwięźnia skazanego na śmierć głodową, umrze w bunkrze  oświęcimskim dobity zastrzykiem fenolu w serce. Wymaże dwuznaczną  przeszłość ze swego życiowego rachunku, zostając bohaterem Kościoła i  Polski zarazem. Niegdyś antysemiccy księża pójdą do gett pomiędzy  skazanych na śmierć Żydów, których spędzą tam hitlerowcy. Księdza  Trzeciaka hitlerowcy rozstrzelają. Zakony będą ukrywały dzieci  żydowskie. 

Dalszy ciąg historii Polski i Żydów  określą procesy toczące się nie w Polsce, a w Niemczech. Bolszewizm w  Rosji łatwiej było sobie wytłumaczyć, znając mechanizmy jej przemian.  Niepojęte było natomiast (i jest zresztą do dziś), jak doszło do aż tak  drastycznych przemian w Niemczech. Jak tylu normalnych ludzi z  kulturalnego europejskiego narodu mogło w czasie tak krótkim ulec  obłędowi nienawiści i pogardy wobec wszelkiej inności. Zwłaszcza wobec  Żydów, przeważnie od dawna zasymilowanych, którzy włożyli tyle trudu w  budowę potęgi przemysłowej, militarnej i kulturalnej Niemiec. I nadal  nie sposób zrozumieć, jak tylu szanowanych obywateli mogło zdobyć się  potem na zachowania i działania po prostu nieludzkie. Bo nie chodzi  przecież tylko o krąg sfanatyzowanych wyznawców hitleryzmu żądnych  rewanżu za przegraną pierwszą wojnę światową. Chodzi o to, co robili w  czasie drugiej wojny światowej zwykli Niemcy. Koszmarne doświadczenie  tej iście kafkowskiej przemiany byłoby warto w pełni wyjaśnić, bo  ukazała ona, co może w stosunkowo krótkim czasie stać się z normalnymi,  cywilizowanymi ludźmi. 

Wojna

Drugą wojnę światową zaczęły Niemcy  hitlerowskie atakiem na Polskę we wrześniu 1939 roku. Była to „wojna  totalna”: na zajętych terenach, wedle przygotowanych list  proskrypcyjnych, wywlekano miejscowych działaczy polskich, wieszano  publicznie na rynkach po kilkanaście, kilkadziesiąt osób. Czasem były to  represje za rzekomy udział cywilów w obronie wojskowej, ale na ogół  mordercy nie patyczkowali się ze stwarzaniem pozorów. I już do końca  1939 roku w Wielkopolsce i na Pomorzu zamordowali siedem tysięcy  nielicznych tu Żydów. Nad morzem wystrzelali sukcesywnie ponad dwa  tysiące osób – całą elitę kulturalną i społeczną polskich Kaszubów. 

Polacy w kampanii wrześniowej potrafili  parokrotnie nawiązać równą walkę, a nawet zadawać klęski armii  niemieckiej, jej przewaga techniczna była jednak przygniatająca; 2  października 1939 r. padł ostatni polski bastion – twierdza na cyplu  półwyspu Hel. Polska broniłaby się i dłużej, ale 17 września uderzyły na  Polskę od wschodu Sowiety – zgodnie z ukartowanym w sierpniu 1939 r.  przez Niemcy i Sowiety rozbiorem Polski. 

Sowieci zajęli Polskę aż po Bug.  Internowali i wywieźli kilkanaście tysięcy samych tylko polskich  oficerów, ilu w sumie wywieźli żołnierzy, nigdy nie udało się ustalić  (to spośród nich, kiedy Stalin wypuścił tzw. armię Andersa poza obręb  swego państwa przez Bliski Wschód, rekrutowali się młodzi polscy  inteligenci żydowscy, którzy w Palestynie zakładali potem, wzorem  dawnych Piłsudczyków, konspiracyjne organizacje zbrojne w celu walki o  własne państwo). Jedynie kilkadziesiąt tysięcy polskich żołnierzy i  oficerów zdołało przekroczyć granice Rumunii i Węgier, by w przyszłości  zasilić formacje armii polskiej na Zachodzie. 

Opór polskiej ludności cywilnej Niemcy  paraliżowali terrorem. Już jesienią roku 1939 w Warszawie i jej  okolicach rozstrzelali kilkaset osób ze środowisk polskiej inteligencji,  polując specjalnie na ludzi, w których odczytywali potencjalnych  przywódców i wzory osobowe (łącznie ze słynnym lekkoatletą Januszem  Kusocińskim, który wygrał bieg na 10 km na olimpiadzie w Los Angeles). Z  Wielkopolski i Pomorza przesiedlili na wschód, na teren tzw. Generalnej  Guberni, w sumie ponad 900 tys. osób, dając im czas tylko na zabranie  tego, co było pod ręką. 

Wzorem obozów koncentracyjnych na terenie  samych Niemiec, takich jak Buchenwald, Dachau, Mauthausen i  Oranienburg-Sachsenhausen, tworzyli podobne obozy na ziemiach polskich.  Stutthof koło Gdańska – już we wrześniu 1939 r. Potem w maju 1940 r. –  Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu i sąsiedniej Brzezince. Zsyłano tam  Polaków z różnych środowisk społecznych obok niedobitków opozycji  niemieckiej i Cyganów. Nad bramą obozu Auschwitz widniał napis Arbeit macht frei (praca czyni wolnym). Więźniowie umierali z wycieńczenia, zimna, głodu i  chorób lub wprost mordowani przez oprawców. W ciągu pierwszego roku  okupacji masowy terror hitlerowski kierował się głównie przeciw Polakom,  wydawało się, że to ich ma dotknąć eksterminacja. W Auschwitz osadzeni  tam razem z Polakami Żydzi współczuli młodemu Władysławowi  Bartoszewskiemu, przekonani, że ich wykupią Amerykanie, a los młodego  Polaka dopełni się w budowanym obok krematorium. 

W 1940 roku, gdy Polacy zdawali się  kompletnie wdeptani w ziemię, Niemcy zaczęli zaganiać Żydów i  wszystkich, których jako Żydów kwalifikowały tzw. ustawy norymberskie,  do wyodrębnionych części miast, zwanych jak w średniowieczu gettami.  Otoczono je murami i drutami kolczastymi, a straże strzelały do każdego,  kto naruszał zakaz kontaktów (żandarmi niemieccy strzelali i do nas,  małych chłopców, przerzucających przez mur chleb na żydowską stronę). Na  razie jednak, mimo niedwuznacznych zapowiedzi Hitlera w „Mein Kampf”,  totalna zagłada nie mieściła się nikomu w głowie. 

 Dziś często zapomina się, że stłoczeni,  pozbawieni normalnych dostaw żywności i leków mieszkańcy gett umierali  dziesiątkami tysięcy, wyniszczani głodem i epidemiami – zanim jeszcze  Eichmann przystąpił do finalnego aktu Holokaustu. Ale nawet to jeszcze  nie zapowiadało „ostatecznego rozwiązania”, obozy koncentracyjne były  ciągle od gett straszniejsze. 

Na ziemiach wschodnich państwa polskiego  wielu Żydów (i polskich komunistów) z entuzjazmem witało wkraczające w  1939 r. oddziały sowieckie. Polacy odebrali to jako zdradę. Sowiety  Stalina spośród Żydów tych ziem rekrutowały swoich współpracowników,  choć parę lat wcześniej przy okazji czystek wymordowały przebywających w  ZSRR członków Komunistycznej Partii Polski, w przewadze Żydów. Nie ma  zaś co ukrywać, że – jak mi ongiś powiedział stary komunista, Jan  Gadomski – „ta partia zawsze bała się narodu żydowskiego, nienawidziła  go i pogardzała nim”. Rychło też stalinowska policja polityczna NKWD  podjęła na zajętych terenach rozprawę z inteligencją polską; niepewni i  podejrzani znikali z ulic. Już w pierwszych miesiącach do więzień i  łagrów trafiło ok. 300 tysięcy osób, wśród nich także przedwojenni  komuniści polscy ze środowisk żydowskich i ci polscy Żydzi, którzy się  nowej władzy wydali podejrzani lub „obcy klasowo”. 

Kolejne trzy fale deportacji objęły  dalsze około 800 tysięcy ludzi. Całe rodziny wywożono na daleką północ,  za koło podbiegunowe i na Syberię. Zaś wiosną roku 1940 kilkanaście  tysięcy oficerów polskich z obozów jenieckich, od generałów do chorążych  – w tym i oficerów Żydów – potajemnie wymordowano strzałami w tył głowy  i zakopano ich zwłoki w masowych grobach. W Lesie Katyńskim pod  Jerozolimą co roku przypominają o tym członkowie Rodziny Katyńskiej w  Izraelu. Wykończono też wywiezionych przywódców Bundu – Wiktora Altera i  Henryka Erlicha (ten drugi rzekomo popełnił samobójstwo), którzy  odmówili akceptacji ataku ZSRR na Polskę i rozbioru Polski. 

Pod wspólnym niebem

Dzika eksplozja zemsty na „swoich” Żydach  w małych podlaskich miasteczkach, poddanych władzy NKWD, a potem  zajętych przez hitlerowców, stała się przedmiotem gorącej dyskusji.  Uzmysłowiła nam, że nie jesteśmy wyjątkiem w Europie – jedynym narodem  bez żydowskiej krwi na rękach. Nie zmienia to jednak faktu, że Polska w  czasie II wojny światowej nie miała żadnego Petaina ani Quislinga.  Żadnego „rządu” pod dominacją niemiecką. Polacy byli tylko następnymi do  gazu i nikt tu nie był bezpieczny. Za przewiezienie kawałka mięsa ze  wsi do miasta można było dostać kulę w łeb na miejscu lub wylądować w  obozie koncentracyjnym. 

Polska podziemna Armia Krajowa nie była  zwykłym ruchem oporu. Była armią, z dowództwem, systemem szkolenia kadr,  wywiadem, kontrwywiadem i formacjami Kedywu, Komendy Dywersji, do zadań  specjalnych. Zbrojnym ramieniem podziemnego państwa. Składała się  jednak w przeważającej mierze – o czym się z reguły zapomina – z  młodzieży, z nastolatków dorastających dopiero podczas wojny. Stąd nic  dziwnego, że jeden z moich nieco tylko starszych przyjaciół był w wieku  lat szesnastu dowódcą oddziału wykonującego zamachy i egzekucje na  konfidentach i szmalcownikach, drugi zaś oficerem Wielkiej Dywersji,  znakomitym zresztą specjalistą od materiałów wybuchowych. 

Grupa operacyjna takich młodych ludzi ze  skautowskich Szarych Szeregów w przedostatnim już roku wojny, 1 lutego  1944 roku, dokonała najsłynniejszego okupacyjnego zamachu – na generała  SS i policji niemieckiej, Franza Kutcherę. Niemcy nałożyli po tym na  Warszawę olbrzymią kontrybucję i w egzekucjach ulicznych rozstrzelali w  odwecie kilkaset osób. 

AK nie dysponowała bronią. Spośród stu  kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy pierwszej linii uzbroić mogła, nawet  pod koniec wojny, niewiele ponad 30 tysięcy. Uruchomiła podziemną  produkcję broni, zasłynęły jej steny, brytyjskie pistolety maszynowe dla  komandosów, lekkie i łatwe w produkcji, przystosowane do amunicji  niemieckiego parabellum. Najwięcej wyszło ich z Suchedniowa, ale  Suchedniów zdołał w sumie wyprodukować zaledwie kilka tysięcy, nie setki  tysięcy stenów. I nie było mowy o ich masowym transporcie. 

Rozproszone oddziały AK, walczące wedle  partyzanckiej zasady „uderzyć i zniknąć”, okazały się poważnym  przeciwnikiem okupanta: Niemcy hitlerowskie, atakując w czerwcu 1941 r.  ZSRR, musiały skoncentrować w Polsce, na zapleczu swego frontu, blisko  milion ludzi pod bronią w różnych formacjach, by ochronić swe linie  komunikacyjne i zachować kontrolę nad Polską. Na terenie okupowanej  Polski hitlerowcy stracili przez czas wojny kilkaset tysięcy ludzi, ale  długo za każdego zabitego żołnierza niemieckiego wieszali lub  rozstrzeliwali na ulicach miast dziesiątki i setki cywilów, ujętych  przygodnie w tzw. łapankach, a wsie palili i zrównywali z ziemią. Pamięć  Zachodu utrwaliła los francuskiej wsi Oradour czy też czeskich Lidic; w  Polsce taki los dotknął 440 wsi, a Warszawa usiana jest tablicami i  lampkami z wiecznym ogniem, oznaczającymi punkty masowych egzekucji. 

Od lutego 1941 r. na terenie Polski  lądowali skoczkowie zrzucani z samolotów angielskiego lotnictwa RAF  (Royal Air Force). W lasach lądowały także samoloty, które zabierały  informacje, ludzi i szczególnego rodzaju ładunki – w tajnym angielskim  Kierownictwie Operacji Specjalnych, SOE, działała i sekcja polska. Tak  dotarły na Zachód części próbnej hitlerowskiej rakiety V-2, opadłej  wśród polskich lasów. Tak na Zachód przewiózł potem Jan Karski  wiadomości o podjętej przez hitlerowców zagładzie Żydów – niestety, bez  konsekwencji. Na znak protestu przeciw obojętności aliantów w tej  sprawie popełnił w Londynie samobójstwo Szmul Zygielbojm, londyński  przedstawiciel Żydów w emigracyjnych władzach polskich. 

Zagłada

W końcowych miesiącach roku 1942  hitlerowcy rozbudowywali obozy koncentracyjne, by przekształcić je w  fabryki śmierci. Tworzyli też specjalne obozy zagłady, w Bełżcu,  Majdanku, Sobiborze i Treblince. W nich sukcesywnie zagazują i spalą w  krematoriach dziesiątki tysięcy, a kiedy ich machina śmierci nabierze  obrotów – setki tysięcy i miliony Żydów z Polski i całej Europy. Część,  jak na terenie Wielkopolski, mordowali w grupach po 1000, 1500 osób na  miejscu, ponieważ nie opłacało się ich wozić do obozów zagłady; część  gazowali w specjalnie do tego przystosowanych zamkniętych samochodach. 

Przez długi czas ofiary nie wiedziały,  dokąd jadą – w samych gettach rozwijało się normalne życie ludzi, którzy  nie wierzyli w czekający ich los. Nie chciano wierzyć uciekinierom z  transportów, pierwszym świadkom Zagłady. Po wielkich akcjach  wysiedleńczych prowadzonych latem 1942 r. w kilku gettach na terenie  Polski wybuchły powstania. Bez szans na zwycięstwo, raczej o prawo  wyboru rodzaju śmierci. Udało się uratować, między innymi dzięki  działającej w strukturach polskiego państwa podziemnego organizacji  Żegota, ok. sto tysięcy Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia. Nie bez  znaczenia był fakt, że spory procent Żydów polskich po kilkuset latach  współżycia swoich przodków z żywiołem polskim, litewskim, białoruskim i  ukraińskim, nie miał typowo semickiego wyglądu. Nie tylko Wiktor Alter,  zamordowany w ZSRR, ale i Icchak Cukierman, Kazik Symcha Rotem –  działacze Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim, mogli  swobodnie poruszać się po aryjskiej stronie z aryjską kenkartą  przygotowaną przez polskie podziemie. Przywódca PPS-owski, Bolesław  Drobner, którego sam dobrze znałem, wyglądał wręcz na starego polskiego  szlagona. Podobnie jak Samuel Willenberg, uczestnik powstania w obozie  zagłady w Treblince.

Polskich symbolicznych drzewek na wzgórzu  Yad Vashem w Izraelu jest najwięcej, blisko 6 tysięcy. Byli oczywiście  tacy, którzy ratowali Żydów za pieniądze, ale żadne środki materialne  nie równoważyły podejmowanego ryzyka: okupant, wykrywszy pomoc udzieloną  Żydom, zabijał winnego na miejscu wraz z jego rodziną. Stąd też na  każdego ze sprawiedliwych, którzy mogli po wojnie zasadzić symboliczne  drzewka na wzgórzu Yad Vashem w Izraelu za ratowanie Żydów, przypadło  kilku takich, którzy zginęli z całymi rodzinami. By uratować jednego  człowieka objętego ustawami norymberskimi, trzeba było konspiracji kilku  osób. 

Dla uratowanych wykwalifikowane pracownie  przygotowywały, jak dla ludzi podziemia, fałszywe dokumenty osobiste.  Podziemne sądy doraźne skazywały na śmierć zdemaskowanych konfidentów  gestapo i tzw. szmalcowników wydających za nagrodą Niemcom ukrywanych  Żydów. Ani jedni, ani drudzy nie stanowili znaczącej liczby, byli raczej  marginesem, ale byli skuteczni. Zginęło przez nich tysiące ludzi. Także  Polaków, m.in. tak wpadł w ręce Niemców komendant Armii Krajowej, gen.  Stefan Grot-Rowecki. 

Powstanie w getcie

Powstanie w getcie warszawskim wybuchło  19 kwietnia 1943 r., kiedy pozostało w nim już tylko ok. 50 tysięcy  ludzi, których jeszcze nie wywieziono na śmierć. Walczyli młodzi  członkowie Żydowskiej Organizacji Bojowej i byli oficerowie oraz  żołnierze armii polskiej z Żydowskiego Związku Wojskowego. 

Tak się składa, że z piwnic domu, w  którym mieszkałem jako mały chłopiec, szedł pod ulicą Muranowską – którą  mur pośrodku jezdni dzielił na stronę aryjską i żydowską – podkop do  getta. Naprzeciw naszego mieszkania na czwartym piętrze, w lokalu z  pozoru opuszczonym, gromadzono broń dla Żydowskiego Związku Wojskowego, a  nocami odbywały się szkolenia. Panie z naszego domu, które wiele godzin  stały pod karabinem maszynowym, przeżyły istnym cudem (opisała dom przy  Muranowskiej 6 w swojej książce „Obok piekła” Alicja Kaczyńska, matka  mego przyjaciela lat dziecinnych). Oczywiście, wbrew czarnej legendzie z  poematu Czesława Miłosza, karuzela na nieodległym od nas placu  Krasińskich, przy murach getta, nie była wtedy czynna. Bonifraterską  wzdłuż muru getta nikt wtedy nie chodził, bo tuż za murem toczyły się  akurat walki i kule gęsto świszczały. 

Niemcy musieli użyć oddziałów regularnej  armii, czołgów i ciężkich dział. Ostatni bojowcy uratowali się,  przechodząc kanałami miejskimi i owym podkopem na stronę aryjską. Domy,  których nie zburzono w trakcie walk, Niemcy palili miotaczami ognia i  wysadzali. Po getcie zostały tylko zwały gruzów. Przed naszymi oknami  rozciągało się za murem kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych ruin. 

Może gdyby alianci zachodni zareagowali  na wiadomości o Holokauście, ostrzegając Niemcy, że zastosują w odwecie  takie naloty dywanowe, jak późniejszy nalot na Drezno, historia  ułożyłaby się inaczej. Nie tu miejsce ani czas na rozważania, dlaczego  tak się nie stało. 

63 dni

Latem roku 1944 wojska sowieckie  wkroczyły przez Bug na ziemie rdzennie polskie. U ich boku, pod  dowództwem sowieckich oficerów, walczyły dwie armie polskie, sformowane z  pozostałych w ZSRR tysięcy Polaków. Na zajętych terenach Sowieci  rozbrajali i mordowali oddziały Armii Krajowej albo wyłapywali jej  młodzież, mężczyzn i kobiety i wywozili do łagrów w ZSRR. Jednocześnie  wiadomo było, że alianci zachodni muszą opłacić udział Rosji sowieckiej w  rozbiciu hitleryzmu zdobyczami terytorialnymi i rozszerzeniem strefy  jej wpływów. Wierzyli, udawali, że wierzą, lub musieli udawać wiarę w  obietnice Stalina, że uszanuje on demokrację w krajach wyzwolonych przez  Armię Czerwoną. Kiedy więc wojska sowieckie doszły w kolejnej ofensywie  aż do Wisły, następny komendant Armii Krajowej, gen. Tadeusz  Bór-Komorowski, dał w porozumieniu z emigracyjnym polskim rządem w  Londynie sygnał do powstania w Warszawie. Chodziło o to, by wyzwolić ją  polskimi siłami i zarazem dać krajową bazę autentycznemu rządowi  polskiemu, który Stalin musiałby uszanować. Podjął „Bór” szaleńcze  ryzyko i do dziś trwa dyskusja, czy to ryzyko warte było szaleństwa. 

Do tej jednej z najdłuższych i  najkrwawszych bitew II wojny światowej Niemcy hitlerowskie  skoncentrowały potężne siły, a Stalin nie pozwolił swojej armii ruszyć  przez Wisłę na pomoc Warszawie; przedostały się na drugi brzeg, i to  dopiero po półtora miesiąca, tylko niewielkie, bardzo skromne liczebnie  oddziały, które podzieliły los miasta. Na lewym brzegu Wisły walczyło  ok. 30 tysięcy młodych żołnierzy AK, w tym i uratowani bojowcy z getta  czy ukrywający się na aryjskich papierach warszawscy Żydzi, jak  Stanisław Aronson, żołnierz Kedywu. Ale walczyło całe miasto, nawet  dzieci. Tzw. sidolówkami i butelkami z benzyną przyczajeni za załomami  gruzu mali chłopcy niszczyli czołgi i wozy pancerne. Oddziały  niemieckiego Wehrmachtu w atakach na powstańcze barykady pędziły nieraz  przed swoimi czołgami kobiety i dzieci, w zdobytych szpitalach  powstańczych dobijały rannych. 

W ciągu 63 dni Niemcy stracili  kilkanaście tysięcy doborowego żołnierza; Polaków zginęło ok. 180  tysięcy, w tym tysiące młodzieży. Ludność cywilna musiała w całości  opuścić Warszawę, a samo miasto hitlerowcy potraktowali dokładnie tak,  jak przedtem getto: spalili je i zburzyli niemal doszczętnie. O tyle  tylko nie była to ofiara daremna, że pamięć o powstaniu warszawskim w  kilku późniejszych sytuacjach kryzysowych powstrzymała, być może, Kreml  przed zbrojną interwencją w Polsce. Ci, co zginęli w roku 1944, obronili  w jakiejś mierze kraj przed zbrojnymi interwencjami sowieckimi w latach  1956 i 1980–1981. 

Sprzedani

W wyniku wojny Polska miała przesunąć się  na zachód, aż po Odrę i Nysę, co raz na zawsze usunęłoby groźbę  odrodzenia Prus jako źródła agresji. Polaków z terytoriów przedwojennej  Rzeczypospolitej, przyznanych Sowietom, miano przesiedlić na ziemie  zachodnie. Ludność niemiecka uciekała na zachód pod osłoną wojsk.  Wycofujące się formacje niemieckie zostawiały po sobie spaloną ziemię.  Niemniej wiele miast niemieckich, przyznanych Polsce, paliła  systematycznie i zniszczyła dopiero armia sowiecka. Gdańsk i Szczecin  obróciła w perzynę już po ich zajęciu. 

Polacy w II wojnie światowej wystawili  łącznie po stronie aliantów czwartą co do liczebności armię – po  sowieckiej, amerykańskiej i brytyjskiej. Walczyli na wszystkich frontach  w Europie i Afryce, ponosząc największe obok Rosji straty liczebne. W  walczącej na Zachodzie armii generała Andersa żołnierzami byli także  polscy Żydzi. Wśród nich absolwent wydziału prawa Uniwersytetu  Warszawskiego, Menachem Begin. Dzięki nim na wojskowym cmentarzu w  Jerozolimie stoi dzisiaj pomnik upamiętniający polskich żołnierzy Żydów  słowami „Za wolność waszą i naszą”. Żyjący jeszcze kombatanci spotykają  się tam dwa razy w roku: 1 września i 3 maja.

Władze polskiego podziemia wezwały swoich  podkomendnych do pokojowej pracy nad odbudową kraju. Przygotowywane w  podziemiu kadry administracji nie mogły jednak objąć urzędowania, Armia  Czerwona oddała władzę byłym agentom sowieckim. Do ich aparatu władzy, w  tym do aparatu represji, rekrutowano ludzi z warstw niższych  w  imię rewolucji społecznej. Obok nich – ludzi pochodzenia żydowskiego,  głównie przybyłych ze wschodu, którzy objęli ok. 30 procent  kierowniczych stanowisk we władzach i w policji politycznej reżimu,  Urzędach Bezpieczeństwa, instytucji zorganizowanego terroru. Stalin nie  ufał Polakom, a być może chodziło właśnie o to, by nienawiść kierować  przeciwko Żydom. Niestety, obok polskich synów ludu oprawcami bywali i  oni. W latach 1945–1953 trwało nieustanne polowanie na ludzi.

Po II wojnie światowej w Polsce nadal  zdarzało się mordowanie Żydów. Wśród powojennego rozwydrzenia, kiedy  porządku Polski podziemnej nie miał kto egzekwować, a nowa władza sama  zabijała bez sądu, zdarzały się mordy rabunkowe na Żydach, którzy  wracali do swojej własności, zajętej przez jakichś samozwańczych  właścicieli. Ale spotykał taki los nie tylko Żydów. Natomiast  rzeczywiście ginęli w Polsce powojennej inni Żydzi, lecz nie jako Żydzi,  ale jako oficerowie bezpieki i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ile  było takich ofiar, nie wiadomo do dzisiaj – wiadomo za to, że  informacje o mordowaniu Żydów przekazywano Zachodowi z określonym celem:  należało opinię publiczną Zachodu zrazić do Polski. Działo się to w  czasie, gdy ofiarami skrytobójczych mordów padali setkami działacze  opozycyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego, a w więzieniach torturowano  i zabijano byłych dowódców i żołnierzy AK, przełożonych i kolegów  Aronsona. 

Kompromitacji Polski wobec Zachodu  posłużył pogrom kielecki w roku 1946. Nie wiadomo na pewno, czy był on  wyłącznie spontanicznym wybuchem rozszalałego motłochu (próbowano wtedy  wywołać podobne zajścia i w paru innych małych miastach Polski, tzw.  szeptana propaganda szerzyła wieści o rytualnych żydowskich mordach na  dzieciach, ale nigdzie indziej nie udało się sprowokować poważniejszych  zajść). Parę dni wcześniej przywieziono do Kielc i zatrudniono w  pobliskim Ludwikowie kilkudziesięciu „robotników”, którzy potem znikli i  z fabryki, i z terenu Kielc; do miejsca zajść ich dowieziono.  Chłopczyka, którego rzekomo porwali Żydzi, synka konfidenta bezpieki,  miejscowy Urząd Bezpieczeństwa trzymał potem przez pół roku wraz z  rodziną w kieleckim więzieniu, żeby nie znaleźli go zagraniczni  dziennikarze. W zaatakowanym domu mieszkali szykujący się do emigracji  Żydzi i paru żydowskiego pochodzenia oficerów kieleckiej bezpieki.  Księży, którzy próbowali dotrzeć do sceny zajść, nie dopuścił otaczający  ją kordon, którego sił starczyłoby, by w każdej chwili położyć kres  pogromowi. Władze mogły go stłumić w zarodku, ale nie stłumiły. Nie  sądzono potem najaktywniejszych sprawców. Procesy wytoczono ludziom  niekiedy przypadkowym, winę za pogrom przypisując… polskiemu podziemiu.  Zachód, wypada przyznać, uwierzył we wszystko. Chciał uwierzyć. Pogrom  kielecki udowodnił, że Polacy zasłużyli na swój los i należało ich  zostawić Sowietom. 

O mechanizmach rozwoju stalinizmu w  Polsce mówi się mało. Pokolenie dowódców polskiego podziemia przegrało,  ich młodzi żołnierze przegrali wraz z nimi. Ale nie kryzys  psychologiczny w stosunkach między pokoleniami, nie żadne przemiany  ideowe ani tym bardziej nie naiwność kolejnego pokolenia nastolatków  zrodziła w Polsce stalinizm. Zgodnie z decyzjami samego Stalina  instalowali go ludzie z zewnątrz, umiejętnie posługując się na przemian  strachem i pięknymi hasłami. Przedwojenni komuniści, którzy wydostawszy  się z łagrów sowieckich, łudzili się, że zbudują swój socjalizm inaczej  niż Sowieci, mieli wkrótce zachowywać się dokładnie tak samo. 

Jak z tego wyjść

Machina zła wkręcała kraj w swe żelazne  tryby stopniowo, znieczulając ten proces ideologicznymi fantasmagoriami.  I trzeba wprost powiedzieć, że robiła, co mogła, by identyfikowano z  nią resztkę ocalałych Żydów. Nie polskich inteligentów żydowskiego  pochodzenia – tych władza traktowała tak samo, jak resztę Polaków.  Udział Żydów w elicie reżimu był tak ostentacyjny, jakby chciano  ostatecznie reżim z nimi utożsamić. Nie tylko we władzach partii i nie  tylko w aparacie represji. Kiedy moja młoda wtedy przyjaciółka,  dziennikarka radiowa, w roku 1955 weszła na posiedzenie kolegium  krakowskiego radia, kilkanaście osób zaczęło ze śmiechem bić brawo.  Piękna dziewczyna myślała, że to dla jej urody, zażenowana, spytała,  skąd te brawa. Usłyszała, że zebrani postanowili bić brawo, kiedy  pierwszy goj wejdzie na salę. 

Na szczęście bunt polskiego Października  roku 1956 na rzecz demokracji i suwerenności poparło wielu żydowskich  przedstawicieli elity reżimu, a masowy ruch studencki i robotniczy na  wielotysięcznych wiecach – co chyba najistotniejsze – nigdy nie odezwał  się hasłami antysemickimi. Jednak wielu Żydów, którzy opuszczali Polskę w  latach 1957–1959 na mocy porozumienia Władysława Gomułki z Goldą Meir,  nie było bohaterami ruchu na rzecz demokracji, a wręcz odwrotnie. Za  demokratyzacją reżimu opowiadali się przede wszystkim ci, którzy  zostali. I bardzo szybko reżim im za to odpłacił. Skrycie lub otwarcie.  Reżim, który nie wrócił już do stalinowskiego terroru, który pozwolił na  prywatną gospodarkę chłopską, na prywatne rzemiosło i sklepiki, na  katolickich posłów, czyli opozycję w Sejmie, nadal nie trawił niczego,  co wymykało się spod kontroli. I nie trawił ludzi, którzy „zawiedli jego  zaufanie”. A to zaufanie zawiedli „jego Żydzi”. 

W latach sześćdziesiątych ZSRR budował  sojusze z państwami arabskimi. Antysemityzm w obozie sowieckim stał się  programem państwowym. W Polsce pacyfikacja buntu studentów w marcu roku  1968 dała reżimowi pretekst do rozpętania wielkiej nagonki  antysemickiej, ponieważ wśród przywódców młodzieży było kilkanaścioro  dzieci działaczy partyjnych pochodzenia żydowskiego, którzy woleli  demokratyzację od dyktatury. Nagonka antysemicka stała się zarazem  rozprawą z opornym polskim światem intelektualnym. 

Żydami okazywali się teraz ludzie  nieposłuszni i ludzie, z którymi, jak z Marianem Eilem, twórcą  niezwykłego magazynu ilustrowanego „Przekrój”, władza nie umiała sobie  poradzić. Jeśli ktoś był jeszcze „niesłusznego pochodzenia”, tym szło to  łatwiej. Parę tysięcy Polaków przy tej okazji dowiedziało się od  władzy, że nie są Polakami – ludzie, którzy nigdy nie ukrywali swego  żydowskiego pochodzenia, bo nie było takiej potrzeby, ale czuli się  Polakami. Jednych pozbawiano pracy, innych wręcz zmuszano do emigracji. 

Życie umysłowe Polski nie zostało  sparaliżowane. Zostało zgniecione. Jednakże historia, która teraz  wyraźnie Polsce sprzyjała, zamieniła dramat setek i tysięcy ludzi,  którym odmówiono obywatelstwa we własnym kraju, na korzyść Polski:  powojenna polska emigracja polityczna, której szeregi przerzedził upływ  czasu, wzmocniła się o nowe, liczące się w świecie nazwiska. 

Doświadczenie nieudanego studenckiego  buntu przydało się zresztą również. Jeden z jego przywódców, Jacek  Kuroń, wyciągnie wnioski z tej porażki i w niecałe dziesięć lat później  to on, zupełnie nowymi ideami i hasłem „Zamiast palić komitety,  zakładajcie własne”, zapoczątkuje ruch, od którego przewróci się reżim,  ten reżim, który wydawał się – wewnątrz i zewnątrz – nie do obalenia.  Przywódcy młodzieży studenckiej z roku 1968 zostaną obrońcami i  zwolennikami ruchu robotników na rzecz wolności i demokracji. 

Przełom

Przełomem w dziejach XX wieku był dla  Polaków wybór ich rodaka na papieża, a potem jego pierwsza pielgrzymka  do kraju, która pozwoliła Polakom odkryć, ilu z nich jest naprawdę  przeciw reżimowi. To zainspirowało narodziny „Solidarności”. Dziejów  „Solidarności” czy też wysiłków polskiego papieża Jana Pawła II na rzecz  odbudowy przyjaźni między chrześcijaństwem a judaizmem, między  chrześcijanami i Żydami, jak i między wszystkimi religiami świata, nie  muszę tu przypominać. Choć w ogromnym ruchu „Solidarności” odezwały się i  głosy nawiązujące do myśli Dmowskiego, nigdy żaden szanujący się  polityk w Polsce nie głosił haseł antysemickich. Zdarzające się ekscesy,  w rodzaju wypisywania takich haseł na murach czy też gazetek  antysemitów, są produktem faszyzującego marginesu społecznego. Mało  który z antysemitów, których znamy, przyznaje się otwarcie do  antysemityzmu. Odradza się religijne i kulturalne życie nielicznych  żyjących w Polsce Żydów. Rośnie zainteresowanie – zwłaszcza młodzieży –  żydowską przeszłością ich małych ojczyzn. Z opóźnieniem sięgającym  dziesiątków lat Polska poznaje, dzięki świetnym tłumaczom, klasy Michała  Friedmana, nieznaną sobie kulturę narodu, który przez wieki żył obok  nas, pod wspólnym niebem. 

Polscy dyplomaci po roku 1989 starali się  zrobić, co mogli, dla odbudowy dobrych stosunków i zrozumienia między  Polakami i Żydami. Nie odnieśli pełnego sukcesu. Nie mogli. Skoro i ja,  człowiek, zdawałoby się, nie najgorzej poinformowany, uczestniczący w  polskim życiu publicznym od kilkudziesięciu lat, nie uzmysławiałem sobie  ani skali, ani charakteru problemu, jakim są stosunki między Polakami a  żydowską diasporą w Ameryce, Anglii i Francji. 

Nie proponuję tu sposobów na pojednanie i  przyjaźń. Chciałem przedstawić informacje bez ukrywania faktów  niewygodnych dla którejkolwiek strony. Wierzę w pojednanie, wierzę w  przyjaźń. Trudno, a w wielu przypadkach wprost nie sposób godzić ze sobą  przeszłości. Nie da się pojednać umarłych. Pojednanie to sprawa żywych.  Jeśli okazało się możliwe pojednanie między Żydami a Niemcami i między  Polakami a Niemcami, tym bardziej powinno być możliwe nie tylko  pojednanie, ale przyjaźń między potomkami narodów, które tyle wieków  żyły obok siebie na jednej ziemi. 

/Stefan Bratkowski – Dziennikarz, pisarz, publicysta, działacz społeczny. Założyciel  „Studia Opinii”, długoletni przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy  Polskich./