Stanisław Krajewski

Na drodze do normalności

II Dzień Judaizmu, Wrocław 1999



Byliśmy dziś – my, Żydzi i chrześcijanie – w kościele i w synagodze we Wrocławiu. Nie dlatego, że różnice teologiczne między nami zniknęły. One się nie zmniejszyły. Tak więc dla żydowskiej wrażliwości teologicznej powiedzenie, że ktoś jest Bogiem, jest zupełnie nie do przyjęcia. Jednak nie zmienia to faktu, że łączy nas coś bardzo ważnego i głębokiego – wspólne źródła, bo wspólne jest Pismo – Biblia hebrajska. Na tej podstawie, a także w wyniku przemian cywilizacyjnych oraz – last but not least – szoku spowodowanego Zagładą Żydów w środku chrześcijańskiej Europy, od kilku dziesięcioleci rozwija się historycznie nowy, bezprecedensowy proces. Stały się zwyczajne, prawie normalne kontakty na fundamencie wzajemnego szacunku, wizyty Żydów w kościele bez żadnego podtekstu misjonarskiego (rzecz dla nas – przez stulecia skłanianych lub zmuszanych do przyjęcia chrześcijaństwa – najzupełniej zasadnicza), wizyty ludzi Kościoła w synagogach, o czym najlepiej świadczy wizyta Jana Pawła II w rzymskiej synagodze. Mówię, że stało się to „prawie” normalne, bo jest to zjawisko historycznie nowe tak bardzo, że dla wielu Żydów i chrześcijan pozostaje niezrozumiałe lub nie do przyjęcia.

U nas w Polsce jest ono szczególnie widoczne od kilku lat. Zarówno w Warszawie, gdzie na przykład w ramach działań Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów co roku organizujemy w parafii Dzieciątka Jezus na Żoliborzu uroczystość związaną z jesiennym żydowskim świętem Radość Tory, jak i we Wrocławiu, gdzie ma miejsce współpraca w ramach Dzielnicy Wzajemnego Szacunku, której orędownikiem jest Jerzy Kichler, mieszkający we Wrocławiu przewodniczący Związku Gmin Żydowskich w Polsce. Najważniejszym może elementem tych nowych stosunków jest właśnie Dzień Judaizmu. Niech głośne protesty i gorszące kontrowersje nas nie zmylą: w historycznej perspektywie będzie się liczyło budowanie wzajemnego szacunku.

Oczywiście Dzień Judaizmu jest wydarzeniem wewnątrzkościelnym, a gmina żydowska nie jest częścią Kościoła. Jesteśmy natomiast bardzo zainteresowani tym, co Kościół mówi o Żydach i judaizmie. Nie możemy zapomnieć tragicznych skutków, jakie miało rozbrzmiewające przez wiele stuleci „nauczanie pogardy”. I dlatego cieszy nas głęboka zmiana, jaka się w nauczaniu Kościoła dokonała.

Pogarda wynikała z dawniejszej doktryny; wedle niej Żydzi są odrzuceni, potępieni, a nieszczęścia, a nawet prześladowania, są tego wyrazem. To było zaproszenie do antysemityzmu. Zmiana, jaka się dokonała – szczególnie w ramach II Soboru Watykańskiego – to, najkrócej mówiąc, uznanie prawomocności judaizmu i postawa szacunku wobec nieodwoływalnego Przymierza, zawartego pomiędzy Stwórcą a Żydami. Nie do wszystkich ta zmiana dotarła i nie wszędzie zastąpiła ona stare nauczanie, ale jest faktem, że dla wielu osób brzmi prawie normalnie mówienie z szacunkiem o judaizmie, a anachronicznie – teza o bogobójstwie.

Istnieje głębokie pokrewieństwo pomiędzy Kościołem a Żydami. Kościół buduje częściowo na tych samych tekstach i tradycjach. To stwarza więź, a zarazem napięcie i opozycję. My, Żydzi, nie odnajdujemy się w kościelnej interpretacji Biblii hebrajskiej. Pozostajemy jednak nieustannie pod wrażeniem faktu, że odległe wydarzenia, które miały miejsce w Ziemi Izraela, zawładnęły wyobraźnią narodów świata. Ważne dla nas jest nie tylko miejsce. Sens tych wydarzeń może być rozumiany tylko w świetle żydowskich kategorii. Na przykład: idea mesjańska ma sens w ramach żydowskiej tradycji.

Już w okresie formowania się judaizmu pojawia się obietnica celu historii – zwykle rozumiana jako wizja jej kresu. Mesjasz przyjdzie – i zakończy gwałt i niesprawiedliwość na tym świecie. Bóg zostanie uznany przez wszystkich, a Izrael, Jego pierwszy i najwierniejszy świadek i zbiorowy kapłan, stanie się wolny – i zostanie wyniesiony – w odbudowanym Syjonie. Lew będzie spokojnie leżał przy baranku, miecze zostaną przekute na lemiesze. Każdy zna te obrazy. I chyba nikt nie powie, że są one rzeczywistością. Nadejście Mesjasza powinno być oczywiste, ponad wątpliwościami. Do dziś Żydzi na czyjeś stwierdzenie, że Mesjasz nadszedł, reagują wyjrzeniem przez okno. Co się zmieniło wokół nas? Rzecz jest właściwie bardzo prosta. Ale jednak: rebe Szneurson, cadyk dużej grupy chasydów wywodzących się z miejscowości Lubawicz, zmarł parę lat temu, a niektórzy jego wyznawcy głoszą, że jest on Mesjaszem! Wszyscy inni Żydzi traktują to bez zrozumienia, a często z niekłamaną złośliwością. Nikt nie odbiera jednak wyznawcom rabina chasydów lubawickich prawa obywatelstwa w świecie żydowskim, ani w świecie żydowskiej ortodoksji. Pouczająca historia... Nadal jest więc w żydowskiej religii potencjał, aby koncentrować tęsknotę mesjańską na konkretnej osobie. A rozejście się w ocenie, kto jest Mesjaszem, nie powoduje utraty poczucia braterstwa i wzajemnej akceptacji. To wiele mówi o możliwościach wspólnoty między Żydami a chrześcijanami – choć inne przeszkody nie znikają, bo oczywiście Jezus jest dla chrześcijaństwa kimś daleko więcej niż Mesjaszem.

Czy istnieje jakiś grunt w sposób niewątpliwy wspólny z jednej strony dla wszystkich Żydów, a z drugiej – dla chrześcijan? Tak. Otóż jedna rzecz się dokonała: dzięki chrześcijaństwu cały świat dowiedział się o idei Mesjasza, o nadziei mesjańskiej. Choć dokonało się to w formie, w której my Żydzi się nie rozpoznajemy, bo w duchu triumfalizmu: oto Mesjasz nadszedł! – to jednak pozytywna strona ekspansji chrześcijaństwa jest dla mnie jasna: oczekiwanie mesjańskie stało się zrozumiałe wszędzie.

Wiemy, że niezgłębione są drogi, jakimi ludzie zmierzają ku poznaniu uniwersalnej ważności Boga Abrahama, Boga Izaaka, Boga Jakuba. Chrześcijaństwo odgrywa niezwykłą rolę nawet z wąsko pojętej żydowskiej perspektywy: to dzięki Kościołowi cały świat – od Alaski po Australię, od Kuby po Koreę – usłyszał, że Stwórca Świata nazywany jest nie inaczej, ale Bogiem Izraela. Wielkim prekursorem tego nowego myślenia był wielki żydowski myśliciel z początków naszego stulecia, Franz Rosenzweig. Był on filozofem, a zarazem filozofem żydowskim, analogicznie do częstej sytuacji, gdy ważny filozof jest filozofem chrześcijańskim (na przykład Pascal). Samo to jest historycznie nowe. Jego wpływ rośnie. Jego główne dzieło, Gwiazda Zbawienia, trudne i fascynujące, wyszło właśnie po polsku. Chrześcijaństwo, "antypodyczna odrośl judaizmu", jest w nim potraktowane z pełnym szacunkiem jako ważna i potrzebna droga promieniowania Objawienia.

Wpływ wizji Rosenzweiga na dialog chrześcijańsko-żydowski jest wciąż niedostateczny. Daje ona wielki oddech i wciąż niezasymilowany potencjał. Po "objawieniu" w berlińskiej synagodze, Rosenzweig odrzucił perspektywę chrztu i wyjaśnił to w liście. Użył wtedy fenomenalnej formuły, która jest lapidarnym wyrazem idei rozwiniętych przez niego później. Rosenzweig zastosował chrześcijańską terminologię dla wyrażenia żydowskiej prawdy: nie ma drogi do Ojca innej niż poprzez Syna, ale z jednym zasadniczym wyjątkiem: nie dotyczy to tych, "którzy już są z Ojcem", to znaczy Żydów. A dokładniej – Żydów, którzy uczestniczą w żydowskim trwaniu, w żydowskiej misji. Uważam, że ta wizja może być podstawą dialogu chrześcijańsko-żydowskiego na poziomie najgłębszym. Dialog taki wykracza poza dyplomację i negocjacje, poza wzajemne opowiadanie o sobie, a nawet poza uczenie się od siebie. Jest to bowiem wizja osobnych równoległych dróg zbawienia, uzupełniających się misji. Rosenzweig określa je w Gwieździe jako "wieczny ogień" judaizmu i "wieczną drogę" chrześcijaństwa. Oficjalne nauczanie Kościoła odrzuca równoległe drogi zbawienia. Jednak ci teologowie, którzy opracowują wizje Kościoła otwartego, myślą w sposób zbieżny z wizją zawartą w Gwieździe.

Muszę podkreślić, że dla mnie – i dla wszystkich chyba Żydów, którzy poczuwają się do misji kontynuowania żydowskiego trwania – nie ma możliwości rozłączania teologii od historii, teorii od życia. Jest tak również z religijnego punktu widzenia. Wszyscy Żydzi, a nie tylko Żydzi religijni, są podmiotem Przymierza, zawartego niegdyś pod górą Synaj, które jest źródłem całej żydowskiej historii i sensem specyficznie żydowskiego trwania. My, Żydzi, jesteśmy różni. Doświadczenia żydowskie, doświadczenia życia w społeczeństwach chrześcijańskich, te dobre i te złe, są częścią szeroko rozumianego judaizmu. Jest też faktem, że Żydzi polscy są bardzo polscy (podobnie jak angielscy są bardzo angielscy itd.). Ten fakt wszyscy powinniśmy przyjąć jako nową, historycznie rzecz ujmując, rzeczywistość. Dla mnie – i dla licznych innych polskich Żydów – jest to powód do satysfakcji.

Mam nadzieję, że uznanie wartości żydowskiej tradycji, ta historyczna nowość, która znajduje swój wyraz w Dniu Judaizmu, oznacza zarazem coś bardziej konkretnego: uznanie prawomocności życia żydowskiego u nas, w Polsce, teraz; uznanie naszego dziedzictwa na tej ziemi, która była miejscem życia i pracy Żydów przez stulecia; uznanie dla naszego udziału w życiu ogólnonaro¬dowym.

Łączy nas tak wiele. Czy łączy nas stosunek do antysemityzmu? Napisy na murach, miesiącami nieścierane gwiazdy Dawida na szubienicy, wyzywanie się od „Żydów” przez młodzież na stadionach, insynuacje w ustach polityków – to nie wyjątki, ale niemalże codzienność wokół nas. I jeszcze rzecz znacznie częstsza, a nie mniej dla nas bolesna – bagatelizowanie sprawy: „to ekstremiści", albo "ktoś coś chlapnął, czym się tak przejmować?”. My nie możemy patrzeć na to z chłodnym dystansem. Zbyt wiele pamiętamy. Zwłaszcza w Polsce. Choć budujemy nowe, własne żydowskie życie, wciąż pozostajemy w cieniu wojennej tragedii. Głębi tej traumy nie sposób przecenić. Znikł cały świat. Po miasteczkach z większością żydowską pozostały miasteczka bez Żydów. Po dzielnicach żydowskich w miastach pozostały ruiny. Rany w psychice pozostały do dziś.

Jesteśmy głęboko wdzięczni tym ludziom Kościoła, którzy podzielają tę naszą wrażliwość. Większość polskich Żydów będzie zapewne oceniać sukces kolejnych Dni Judaizmu według tego, na ile ta wrażliwość znajdzie w nich odbicie. A także według tego, czy przybędzie ludzi, którzy pojmą, że zaprzeczanie istnieniu antysemityzmu w Polsce lub bagatelizowanie jego przejawów szkodzi nie tylko obrazowi Polski za granicą, ale i wewnętrznemu zdrowiu polskiego życia. Życzę nam wszystkim, by kolejne Dni Judaizmu były ważnym i dobrym wydarzeniem dla Kościoła katolickiego. Jeśli przyniosą katolikom lepsze zrozumienie nieprzemijającej wartości judaizmu, który zawiera odniesienie do najgłębszej prawdy o świecie, to i my, Żydzi, będziemy usatysfakcjonowani. Jeśli przyniosą szersze zrozumienie, dlaczego Jan Paweł II powiedział, że „antysemityzm jest grzechem”, będziemy po prostu wdzięczni.

Dzień Judaizmu przypomina nam wszystkim podstawowy problem: jak żyć w społeczeństwie pluralistycznym, w którym istnieją różnorodne religie? Kościół musi szukać dróg uwzględnienia tej różnorodności, i my, Żydzi, też. Jest nam w pewnym sensie łatwiej, bo nigdy nie chcieliśmy wziąć całego świata pod skrzydła Synagogi. Nie jest nam jednak łatwiej niż komukolwiek innemu podjąć wyzwanie naszych czasów i znaleźć taką wizję innych religii, która nie byłaby ich karykaturą. Dla nas, Żydów, zadaniem jest stworzenie żydowskiej wizji, w której jest miejsce dla innych religii, a szczególnie – jak nas pouczył Rosenzweig – właśnie dla chrześcijaństwa. Bo choć byli dawniej rabini, którzy widzieli pozytywną rolę chrześcijaństwa w przygotowaniu przyjścia Mesjasza – na przykład ulubiony poeta Rosenzweiga, Jehuda Halewi – to jednak Rosenzweig jako pierwszy stworzył opis, w którym używa się żydowskich słów, aby potraktować judaizm i chrześcijaństwo całkowicie równoprawnie. Nie chodzi przy tym o żaden synkretyzm. Ta równoprawność nie oznacza, że Rosenzweig jest w jakimś sensie zarazem Żydem i chrześcijaninem. Jednocześnie możemy z prawdziwą satysfakcją próbować wspomagać naszych chrześcijańskich przyjaciół w odzyskiwaniu żydowskich, hebrajskich korzeni chrześcijaństwa. Dążenie do tego jest jeszcze jednym przejawem wspomnianej nowej "prawie normalności".

Chodzi o współpracę ponad problemami i kontrowersjami. Nie dlatego, byśmy mieli o nich zapominać. Są one bolesne i wymagają rozwiązywania. Jednak są chwilowe – gdy patrzeć z historycznej perspektywy. Z tej perspektywy ważne jest wielkie partnerstwo, które wyłania się jako możliwość zamiast konfliktu, a może i obok konfliktu. Jakieś napięcia i ewentualne konflikty są nieuniknione. Być może Kościół zawsze będzie miał ochotę widzieć wszystkich pod swoimi skrzydłami, być może zawsze Żydzi będą czuli potrzebę protestu.

Nade wszystko jednak stoi przed nami zadanie długofalowe: budować wzajemny szacunek i wzajemną wrażliwość. Źródłem nadziei może być trojakie braterstwo: braterstwo człowiecze, bo według wizji Biblijnej jesteśmy dziećmi Adama i Ewy, braterstwo polskie, bo jesteśmy dziećmi Polski, i to szczególne braterstwo, które łączy Kościół i Żydów: mamy wiele wspólnych źródeł, ale bardziej tajemnicza wspólnota zakorzeniona jest w przyszłości. Nie wiemy, jak się to stanie, ale miejmy nadzieję, że – jak głosi prorok, a my powtarzamy w codziennych modlitwach – „Pan będzie jeden, a Imię jego Jedno”.