Stanisław Krajewski

Wyjść, by stać się błogosławieństwem

VII Dzień Judaizmu, Poznań 2004



Czytamy słowa Tory, wersety biblijne. Czynimy to w gronie chrześcijan i Żydów. Głównie oczywiście chrześcijan, przede wszystkim katolików, bo gościmy dziś w kościele. Zresztą każde inne wydarzenie dialogowe cierpi na dysproporcję między liczbą chrześcijan a liczbą Żydów – takie są oczywiste realia obecnej Polski – ale niechaj nie przeszkadza to nam cieszyć się tym, że robimy coś wspólnie. Dziękuję za zaproszenie.

Czytamy słowa Tory. Tradycyjne żydowskie podejście nakazuje spojrzeć nie tylko na bezpośrednio wyrażoną treść, na ogólny sens, ale też na każdy szczegół tekstu. Czy to ma sens? Czy warto to robić? Czy to ma sens dla nas, ludzi dzisiejszych, żyjących w czasach triumfu nauki, internetu, eksploracji kosmosu (właśnie wczoraj USA ogłosiły początek przedsięwzięcia, które ma doprowadzić do wizyty człowieka na Marsie). Im coś jest nowsze, tym wydaje się lepsze, a w każdym razie – bardziej dla nas właściwe. Czy starożytne teksty zasługują na staranną lekturę, drobiazgową analizę? I to nie przez historyków od starożytności, ale przez zwyczajnych ludzi? Posłuchajmy wersetów z Księgi Rodzaju 12, 1-3 (tłumaczenie Biblii Tysiąclecia): Pan rzekł do Abrahama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twojego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię z bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi”.

Wersety te zaczynają się, pominąwszy słowa wprowadzające, od nakazu danego Abrahamowi. Te słowa skierowane do Abrahama: Lech lecha – to w polskim tłumaczeniu „Wyjdź” lub „Wynijdź”, ewentualnie „Idźże”. Jednak to samo znaczenie miałoby już tylko pierwsze z tych słów: lech. Po co więc ten dodatek? Może to tylko zwrot retoryczny, użyty w celu wzmocnienia nakazu? Można go oddać przez polskie „Idź sobie”. Inne dosłowne rozumienie tych słów hebrajskich to „idź dla siebie”. Wedle średniowiecznego rabina Rasziego należy to rozumieć jako „dla swojego dobra”. Chodzić ma o to, by Abraham miał dzieci i stał się wielkim narodem. Ale chodzi o coś jeszcze: Abrahama mają poznać w innych krajach; ma oddziałać na ludzi. Można to rozumieć jako przepowiednię, a może – właśnie – błogosławieństwo. Przepowiednię, że Abraham ma zacząć coś nowego. Co? Mówi się zwykle: monoteizm.

Czym jest monoteizm? Jeden Bóg – tak łatwo jest to powiedzieć, że może nic nie znaczyć. Chodzi bowiem wcale nie o liczebność pewnego rodzaju bytu czy bytów, ale o coś innego – o zerwanie z bałwochwalstwem. Czy to nas, ludzi od pokoleń wychowanych w monoteizmie, już nie dotyczy? Nas – Żydów, chrześcijan. Nie mnie mówić o wyzwaniu, jakie stoi przed chrześcijanami. Natomiast cała żydowska tradycja to cierpliwa, uważna, systematyczna – ktoś mógłby rzec, że heroiczna – próba kształtowania życia bez bałwochwalstwa. Życia nie tylko indywidualnego, ale i społecznego. To musiało się gdzieś, kiedyś zacząć. Wśród zwaśnionej ludzkości o pomieszanych językach sprawiedliwa cywilizacja gdzieś zaczęła kiełkować. Na tym polega rola Abrahama. Wedle tradycyjnej formuły dzięki Abrahamowi Bóg stał się królem nie tylko niebios, ale i ziemi. W kolejnych objawieniach Abraham poznawał coraz pełniej swoje przeznaczenie. Został wybrany przez Boga, jak potem cały Izrael, ale czyż inni, gdzie indziej, wcześniej, nie poznali Boga? Oto co pisze, na podstawie żydowskiej tradycji, Emmanuel Lévinas: „Każda osoba, jako osoba, to znaczy świadoma swojej wolności, jest wybrana. (…) Abraham nie był pierwszym, który poznał Boga. Ale jako pierwszy założył rodzinę monoteistyczną”.

Możliwe jest jeszcze jedno rozumienie słowa lecha. Otwiera ono nowe perspektywy. Le znaczy również „do”, więc można rzec, iż Abrahamowi nakazane jest „pójdź do siebie”. Czyli do swojego (ukrytego) wnętrza. To nie tylko zabawa gramatyczna. Rabini zauważyli, że można to również wyczytać w kolejnych słowach tego samego wersetu. Powiedziane jest bowiem Abrahamowi: „wyjdź z ziemi swojej, i z miejsca urodzenia, i z domu ojca swojego…” (w niektórych przekładach, na przykład w cytowanym powyżej, ta troistość się zatraca). Zadziwiająca kolejność! Przecież opuszczając tereny rodzinne siłą rzeczy opuszcza się swój rodzinny dom. Naturalne by było, gdyby rzec: z domu, z miejsca, z ziemi czy kraju. Ta dziwna kolejność nie może być dziełem przypadku! Niektórzy komentatorzy mówią więc, że chodzi tu nie tylko i nie tyle o fizyczne wyjście, co o podróż duchową. Wędrówka taka zaczyna się od szerszego kręgu (ziemia) i prowadzi w głąb: po opuszczeniu go, pozostaje się duchowo, mentalnie wciąż w miejscu urodzenia, którego opuszczenie prowadzi dopiero do korzenia – do swego domu, który ukształtował nas najgłębiej. Oderwanie się od niego jest najtrudniejsze.

Chcemy zrozumieć te kilka słów dotyczących Abrahama. Jest to ważne, bo skierowane są one nas wszystkich. Abraham jest bowiem postacią źródłową dla wszystkich tradycji monoteistycznych odwołujących się do Biblii. Zgodnie twierdzą one, że należy go naśladować. Tak, ale jak? Ma miejsce niepokojąca dwoistość.

Z jednej strony Lech lecha znaczyłoby, że każdy musi wyjść i zacząć od nowa. Pójść w nieznane. Istotą jest zerwanie ciągłości – i nieokreśloność celu wędrówki. Z drugiej strony wiemy, iż żyjemy w erze po-Abrahamowej i mamy korzystać z tego, co on nam przyniósł. Zresztą, czy ktoś chce, czy nie chce – korzysta. Bo większość ludzi na świecie (poza częścią Azji) żyje pod wpływem tradycji, które powołują się na Abrahama. Czyni tak chrześcijaństwo, które tak zasadniczo wpłynęło na kształt naszego świata i islam, który też odwołuje się do Abrahama, sługi Bożego (hanifa).

Czy da się wyjść w nieznane, a zarazem kontynuować tradycję? Otworzyć się całkowicie na nowe, a jednocześnie być wiernym dziedzictwu? Napięcie jest nieuniknione. Jak pogodzić oba elementy? Tradycja rabiniczna proponuje rozwiązanie. Mówi się bowiem: Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba. Nie: Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, ale Bóg każdego z osobna. Wedle tradycyjnych interpretacji oznacza to, iż każdy ma sam odczytać wezwanie skierowane akurat do niego.

Współczesna komentatorka Aviva Zornberg mówi o „doświadczeniu Lech lecha”. To wysiłek. Jego celem jest błogosławieństwo. Czyli przykazanie, wyzwanie, które ma sens widoczny w świetle całości Objawienia. O ile Abraham wychodził, o tyle Izaak, Jakub i wszystkie kolejne pokolenia mają nie tylko wyjść, ale i przyjść: opuścić dom, by po swojemu wejść w przestrzeń tradycji.

Niech mi będzie wybaczona ilustracja zupełnie osobista. Parę dni temu w warszawskiej synagodze odbyła się niezwykła uroczystość: bar micwa (rytuał przejścia od dzieciństwa do następnego etapu życia; dosłownie: „syn przykazań”) pewnego chłopca, Daniela. Po raz pierwszy uczestniczył w czytaniu ze zwoju Tory. Uroczystość niezwykła, bo w Polsce niestety nad wyraz rzadka, ale tym razem naprawdę wyjątkowa: Daniel jest upośledzony umysłowo, ma zespół Downa. Dopuszczenie takich osób do liturgii, zresztą w jakiejkolwiek religii, to historycznie coś nowego. A przecież Daniel jest nadzwyczajnie dojrzały emocjonalnie oraz – żeby to ująć w niedzisiejszym języku – ma bardzo rozwiniętą duszę. Nie jestem może w tym opisie obiektywny, bo Daniel to mój syn. Jednak z wielu ust słyszałem słowa, które znaczyły: Daniel był błogosławieństwem dla zgromadzonych. Gdy objaśniał namalowane przedtem przez siebie obrazki ze scenami biblijnymi, stawało się jasne, że Tora jest dla wszystkich. Gdy wypowiadał hebrajskie błogosławieństwa, mieliśmy poczucie, że dotyka pradawnej struny. Tej, którą poruszył Abraham. Tej, która stanowi wyzwanie dla każdego z nas.