Deklaracje
Kościoła katolickiego
o stosunkach
z Żydami
i judaizmem

Naród żydowski i jego święte Pisma w Biblii chrześcijańskiej.
Przedmowa: Józef kardynał Ratzinger


Tematem centralnym w teologii Ojców Kościoła była wewnętrzna spójność Biblii składającej się ze Starego i Nowego Testamentu. Że nie był to bynajmniej tylko problem teoretyczny, można się o tym dotykalnie przekonać śledząc duchową drogę jednego z największych nauczycieli chrześcijaństwa - św. Augustyna z Hippony. W 373 roku Augustyn w wieku dziewiętnastu lat przeżył swe pierwsze istotne nawrócenie. Po przeczytaniu zaginionego już dziś dzieła Cycerona „Hortencjusz”, nastąpił w nim głęboki wstrząs, co on sam retrospektywnie opisuje następująco: „Ku Tobie, Panie kierowałem moje modlitwy… Zacząłem się podnosić, by wrócić do Ciebie…O mój Boże – z jakim zapałem usiłowałem oderwać się od tego, co ziemskie i wznieść się ku Tobie (Wyznania, III, 4). Dla młodego Afrykańczyka, który jeszcze jako dziecko otrzymał sól, by stać się katechumenem, było rzeczą oczywistą, że nawrócenie się implikowało przylgnięcie do Chrystusa. Bez Niego nie mógłby tak naprawdę odnaleźć Boga. Od Cycerona przeszedł więc do Biblii i przeżył wielkie rozczarowanie. W trudnych przepisach prawnych Starego Testamentu, w jego skomplikowanych, a czasami i okrutnych opowiadaniach nie doszedł do poznania Mądrości, do której chciał dążyć. W swoim poszukiwaniu spotkał ludzi, którzy głosili nowe duchowe chrześcijaństwo a ono miało w pogardzie Stary Testament, jako coś ohydnego i pozbawionego duchowości; było to chrześcijaństwo, w którym Chrystus nie potrzebował świadectwa hebrajskich proroków. Ludzie ci obiecywali chrześcijaństwo prostego i czystego rozumu, chrześcijaństwo, w którym Chrystus był wielkim oświecicielem, prowadzącym ludzi do prawdziwego poznania siebie samych. Byli to manichejczycy. (1)

Wielka obietnica manichejczyków okazała się oszustwem, ale problem pozostał nierozwiązany. Dopiero wtedy Augustyn mógł przyjąć chrześcijaństwo Kościoła katolickiego, kiedy dzięki Ambrożemu poznał interpretację Starego Testamentu, ukazującą przejrzyście stosunek pomiędzy Biblią Izraela a Chrystusem, i ona to sprawiała, że światło poszukiwanej w niej Mądrości stało się widzialne. Przezwyciężono wówczas nie tylko zewnętrzną przeszkodę w postaci niezadowalającej formy literackiej starej Biblii łacińskiej, lecz również, i to przede wszystkim, przeszkodę wewnętrzną księgi, na którą nie patrzono już po prostu jak na dokument religijnej historii określonego narodu, z całym jego nagannym postępowaniem i błędami, lecz widziano w niej głos pochodzącej od Boga Mądrości, skierowany do wszystkich narodów. Ta lektura Biblii Izraela, która na historycznych drogach tegoż ludu rozpoznawała przebłysk świateł ukazujących Chrystusa i zarazem Logosa, samą odwieczną Mądrość, legła nie tylko u fundamentów decyzji wiary Augustyna, lecz była i jest podstawą wiary w całym Kościele.

Ale czy jest tak naprawdę? Czy również dzisiaj można to jeszcze uzasadnić i utrzymywać? Z punktu widzenia egzegezy historyczno – krytycznej wydaje się, w każdym razie na pierwszy rzut oka, że wszystko przemawia za czymś przeciwnym. I tak w 1920 roku czołowy liberalny teolog Adolf von Harnack sformułował następującą tezę: „Odrzucenie Starego Testamentu w II wieku (aluzja do Marcjona) było błędem, który Wielki Kościół słusznie potępił; zachowanie go w XVI wieku było czymś fatalnym, ale reformacja nie zdołała się jeszcze z tego oswobodzić. Jednak od XIX wieku utrzymanie go w protestantyzmie jako dokumentu kanonicznego o wartości równej Nowemu Testamentowi jest konsekwencją religijnego i kościelnego bezwładu. (2)

Czy Harnack ma rację? Mogłoby się wydawać, że wiele za tym przemawia, Jeśli egzegeza Ambrożego otworzyła Augustynowi drogę do Kościoła i w swej podstawowej orientacji – chociaż w szczegółach z konieczności naturalnie podległej zmianom – stała się podstawą jego wiary w biblijne słowo Boga, które jest dwuczęściowe, a przecież jedno, to można zaraz postawić zarzut: Ambroży nauczył się tej egzegezy w szkole Orygenesa, a on był pierwszym, który konsekwentnie ją rozwijał. Ale Orygenes jedynie – trzeba to powiedzieć – zastosował do Biblii alegoryczną metodę interpretacji, stosowaną w świecie greckim w wyjaśnianiu starożytnych tekstów religijnych, a w sposób szczególny – tekstów Homera. A zatem nie tyko dokonał od wewnątrz obcej wewnętrznie słowu biblijnemu hellenizacji, ale na dodatek posłużył się metodą, która sama w sobie nie była wiarygodna, ponieważ ostatecznie miała na celu zachowanie jako święte tego, co było, prawdę mówiąc, świadectwem nie nadającej się już do aktualizowania kultury. Ale to nie takie proste. Orygenes bardziej niż na egzegezie Homera na użytek Greków mógł bazować na interpretacji Starego Testamentu, która zrodziła się w środowisku żydowskim, szczególnie w Aleksandrii, wraz z Filonem jako początkiem kłębka, i starała się w sposób absolutnie własny otworzyć Biblię Izraela Grekom, którzy już od dłuższego czasu szukali poza politeizmem jedynego Boga, którego mogli znaleźć w Biblii. Zaś Orygenes pobierał nauki u rabinów. Ostatecznie wypracował on chrześcijańskie, całkiem specyficzne zasady egzegezy, a są to jedność wewnętrzna Biblii jako reguła interpretacji oraz Chrystus jako punkt centralny wszystkich dróg Starego Testamentu (3).

Jakkolwiek oceniać w szczegółach egzegezę Orygenesa i Ambrożego, to jednak ostateczną jej podstawą nie była ani alegoria hellenistyczna, ani Filon, ani metody rabiniczne. Prawdę mówiąc, jej fundamentem – poza szczegółami interpretacji – był sam Nowy Testament. Jezus z Nazaretu zawsze twierdził, że jest prawdziwym spadkobiercą Starego Testamentu („Pism”) i że nadaje mu autentyczną interpretację, która oczywiście nie była taka sama jak uczonych, ale pochodziła z autorytetu samego Autora: „Uczył ich jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mk 1,22). Epizod z uczniami w drodze do Emaus raz jeszcze to podkreśla: „I poczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk.24,27). Autorzy Nowego Testamentu starali się pogłębić to roszczenie w szczegółach. Mateusz robił to z wielkim naciskiem. Tym nie mniej Paweł, który korzystał w tym względzie z rabinicznych metod interpretacji i starał się wykazać, że owa rozwinięta przez uczonych w Piśmie interpretacja prowadziła do Chrystusa, który jest kluczem do „Pism”. Dla autorów i twórców Nowego Testamentu Stary Testament jest po prostu „Pismem”. Świeżo powstający Kościół mógł krok po kroku stworzyć nowotestamentalny kanon, który wówczas stanowił również Pismo Święte, lecz zawsze w tym ujęciu, że zakładał on Biblię Izraela jako taką, Biblię apostołów i ich uczniów, która dopiero wtedy otrzymała nazwę Starego Testamentu, a Kościół dał mu klucz interpretacyjny.

Z tego punktu widzenia Ojcowie Kościoła nie stworzyli nic nowego, dając chrystologiczną interpretację Starego Testamentu. Rozwinęli jedynie i usystematyzowali to co najpierw sami znaleźli w Nowym Testamencie. Ta podstawowa synteza musiała stać się dla chrześcijańskiej wiary problemem z chwilą, gdy historyczna świadomość rozwijała reguły interpretacji, począwszy od których egzegeza Ojców musiała prezentować się jako nie-historyczna, a zatem obiektywnie nie do obronienia. W kontekście humanizmu i jego nowej świadomości historycznej, a zwłaszcza w kontekście jego doktryny usprawiedliwienia, Luter wymyślił nową formułę dla relacji między dwiema częściami Biblii chrześcijańskiej, formułę, która już nie opiera się na wewnętrznej harmonii Starego i Nowego Testamentu, ale na ich z istoty swej dialektycznym stosunku w egzystencjalnej historii zbawienia, antytezy pomiędzy Prawem a Ewangelią. Bultmann wyraził tę zasadę językiem współczesnym, twierdząc, że Stary Testament spełnił się w Chrystusie w jego niepowodzeniu. Bardziej radykalna jest wzmiankowana wyżej propozycja Harnacka. O ile mi wiadomo, nie została ona przyjęta przez kogokolwiek. Była jednak czymś całkiem logicznym dla egzegezy, dla której dawne teksty mogły mieć tylko taki sens, jaki ich autorzy chcieli im nadać w samym momencie ich historycznego kontekstu. Jednak dla współczesnej świadomości historycznej wydaje się rzeczą bardziej niż nieprawdopodobną, żeby pisarze wieków przedchrześcijańskich, którzy wypowiedzieli się w starotestamentalnych księgach, chcieli odnosić się perspektywicznie do Chrystusa i wiary Nowego Testamentu.

W konsekwencji wydawało się, że z chwilą zwycięstwa egzegezy historyczno - krytycznej chrześcijańska interpretacja Starego Testamentu, zapoczątkowana przez sam Nowy Testament, spełzła na niczym. Nie chodzi tutaj, jak widzieliśmy o szczegółowy problem historyczny. Przedmiot dyskusji stanowią podstawy samego chrześcijaństwa. Tak wiec jasne jest, dlaczego nikt nie chciał pójść za propozycją Harnacka, który namawiał, by wreszcie teraz na dobre zerwać ze Starym Testamentem, co już Marcjon chciał zrealizować przedwcześnie. Ale wówczas w oparciu o to, co pozostało, nasz Nowy Testament byłby pozbawiony sensu. Prezentowany tutaj dokument Papieskiej Komisji Biblijnej ujmuje to w ten sposób: „Bez Starego Testamentu, Nowy Testament byłby księgą nie do odszyfrowania, rośliną pozbawioną korzeni i skazaną na uschnięcie” (Nr 84).

W tym miejscu można oszacować ogrom zadania, przed którym, została postawiona Papieska Komisja Biblijna, decydując się podjąć temat relacji pomiędzy Starym a Nowym Testamentem. Jeśli chce się wskazać wyjście z opisanej przez Harnacka ślepej uliczki, trzeba tego dokonać poprzez poszerzenie i pogłębienie pojęcia interpretacji tekstów historycznych, które w naszych czasach można obronić przed wizją liberalnych intelektualistów i które można zastosować szczególnie do tekstu Biblii otrzymanej w wierze jako słowo Boga. Ostatnie dziesięciolecia wniosły w tym kierunku ważny wkład. Papieska Komisja Biblijna przedstawiła istotę swego wkładu w swym Dokumencie opublikowanym w 1993 r. na temat „Interpretacji Biblii w Kościele”. Uznanie wielowymiarowości ludzkiego języka, który nie jest związany z jednym tylko punktem historycznym, lecz uprzedza przyszłość, było pomocą pozwalającą lepiej zrozumieć to, jak słowo Boże posługuje się słowem ludzkim, by postępującej historii nadać sens, który wybiega poza chwilę obecną, a mimo to nadaje, i to dokładnie tak a nie inaczej, jedność całości. Komisja Biblijna, wychodząc z przemyśleń poprzedniego dokumentu i opierając się na uważnych refleksjach metody, zbadała związki, jakie zachodzą między różnymi wielkimi zespołami tematycznymi obu Testamentów, mogła w ten sposób wykazać, że chrześcijańska hermeneutyka Starego Testamentu, która oczywiście głęboko różni się od hermeneutyki judaizmu, „odpowiada wszelako potencjalności znaczenia istoty obecnego w tekstach”(nr 64). jest to wniosek, który ma, według mnie, wielką wagę dla dalszego prowadzenia dialogu, ale również (i przede wszystkim) dla podstaw wiary chrześcijańskiej.

Komisja Biblijna nie mogła w swej pracy pominąć aktualnego kontekstu, w którym wstrząs wywołany przez Shoah postawił całą kwestię w innym świetle. Pojawiły się dwa główne problemy: czy po tym wszystkim, co się stało, chrześcijanie mogą jeszcze rościć sobie prawo do prawowitych spadkobierców Biblii Izraela? Czy mają praw nadal proponować chrześcijańską interpretację tej Biblii, czy też może z szacunkiem i pokorą winni się wyrzec tej pretensji, którą w świetle tego, co się wydarzyło należy uznać za zawłaszczenie? Drugie pytanie łączy się z pierwszym: czy sposób, w jaki sam Nowy Testament przedstawia Żydów i naród żydowski, nie przyczynił się do wywołania wrogości wobec żydowskiego narodu, która dostarczyła oparcia ideologii tym, którzy chcieli unicestwić Izrael? Komisja postawiła sobie oba te pytania. Jasne jest, że odrzucenie Starego Testamentu przez chrześcijan nie tylko, jak wykazano wyżej, doprowadziłoby do likwidacji samego chrześcijaństwa, lecz poza tym nie mogłoby sprzyjać pozytywnej relacji między chrześcijanami a Żydami, ponieważ znikłby jej wspólny fundament. Jednak tym, co powinno wyniknąć z minionej przeszłości, to nowy szacunek dla żydowskiej interpretacji Starego Testamentu. Niniejszy Dokument ma w tym względzie do powiedzenia dwie rzeczy. Najpierw stwierdza, że „żydowska lektura Biblii jest lekturą możliwą, która pozostaje w ciągłości z Pismami Świętymi z czasów drugiej Świątyni i jest to lektura analogiczna do lektury chrześcijańskiej, jaka rozwinęła się paralelnie (nr 22). Dodaje też, że chrześcijanie mogą wiele się nauczyć od żydowskiej egzegezy, stosowanej od przeszło dwóch tysięcy lat. I na odwrót, chrześcijanie mogą żywić nadzieję, że Żydzi skorzystają z badań egzegezy chrześcijańskiej (tamże). Myślę, że analizy te przysłużą się walnie do dalszego prowadzenia dialogu żydowsko – chrześcijańskiego, jak również do wewnętrznej formacji chrześcijańskich sumień. Kwestia, w jaki sposób Żydzi przedstawiani są w Nowym Testamencie, omówiona została w ostatniej części Dokumentu. Z wielką starannością wyjaśniono tam teksty „antyżydowskie”. Dokument dowodzi, że zarzuty skierowane do Żydów w Nowym Testamencie nie są ani częstsze, ani bardziej jadowite od oskarżeń Izraela zawartych w Prawie i u proroków, a zatem wewnątrz samego Starego Testamentu (nr 87). Należą one do języka prorockiego. Ostrzegają przed ówczesnymi błędnymi drogami, ale są w swej istocie zawsze czasowe i również ciągle przewidują nowe możliwości zbawienia. Członkom Komisji Biblijnej chciałbym wyrazić wdzięczność i uznanie za ich pracę. Ich dyskusje, prowadzone prze wiele lat, wydały ten Dokument, który, jestem tego pewien, może być cenną pomocą w studium centralnej kwestii wiary chrześcijańskiej, jak również w tak ważnych badaniach nowego porozumienia pomiędzy chrześcijanami a Żydami.



Rzym, w święto Wniebowstąpienia Pańskiego 2001.

Józef kardynał Ratzinger

Deklaracje Kościoła katolickiego
o stosunkach z Żydami i judaizmem